Opowiadania Science Fiction prosto z serca Mazowsza…

Szalony Edek po wielkim szale książkowym nie napisał już nigdy ani jednej więcej. Wielu żałowało, bo styl Edka był wciągający, tak że nawet teraz w parę miesięcy po wydaniu sławnych trzech romansów przez Ziemię przechodziły niczym ataki czarnej ospy, paroksyzmy czytelnicze. Miasto, czy kraj cały zaatakowany w ten sposób, popadał na pewien czas w chaos, straty były wielkie. Za to czytelnictwo rosło niebywale. Właściwie problemem stało się jak ludzi zniechęcić do książek. Złośliwi podpowiadali, że wystarczy przerobić trochę dzieła Edka i staną się tak nudne jak spora większość współczesnej literatury, a wtedy reszta dokona się sama. Nikt jednak nie odważył się ruszać dzieł mistrza i świat musiał zaakceptować nawroty czytelniczej mani.

Oprócz niechęci do pisania, Edek nabrał też niechęci do podróżowania. Postanowił nie ruszać się nigdzie poza Wolne Stany Dropia ( WSD ), a nawet nie odchodzić za daleko od swojej chałupy, bo już się napodróżował. Poznał całą prawie Europę, zawarł wiele znajomości oraz rozsławił dropiańską księżycówkę szeroko wśród wielu narodów.  Teraz myślał tylko o spokojnym bytowaniu w WSD z Pelaśką u boku i druhem jedynym, Martinem Samogonką oraz o nowych odmianach prawdziwego samogonu. Nie dane było jednak Edkowi zażyć spokoju. Straszliwe zdarzenia przerwały ten sielski wypoczynek.

A zaczęło się od burzy. Dokładnie od wielkiej chmury burzowej, która niepowstrzymanie przetaczała się nad Dropiem. Szła od strony Sołek, była upiornie wielka, czarna, pchała przed sobą wielkie masy powietrza. Pelaśka zdążyła tylko krzyknąć żeby Edek pozamykał okna i zagonił Krasulę do obory. Krasula jak to ona, porykiwała potężnie, znacznie głośniej niż nadchodząca nawałnica. Dopiero zamknięcie spowodowało, że jej głos potężny nieco zelżał. Ludzie w Dropiu zaczęli gadać, że ryczy tak strasznie, bo na nieszczęście.

Edek z ulgą wrócił do domu. Po zamknięciu okien, nawet udawało się jakoś przekrzyczeć Krasulę.

– Żeby jakie kosmity nie zabrały nam  krowy, że niby tak pięknie ryczy! – zauważył Szalony Edek i hojnie nalał księżycówki swojemu druhowi Martinowi Samogonce, który wraz z innymi gośćmi był już w fazie śpiewania. Gdy w chwilę później rzeczywiście zaczęli snuć swoją zagadkową pieśń na wiele głosów, nawet nie było słychać, że fałszują, gdyż burza ich trochę zagłuszała. Była to dziwna burza, co chwilę strzelały w ziemię potężne wyładowania, po czym od razu następował potężny huk. Deszcz, która przyniosła, był gęsty, oleisty, osiadający i oblepiający wszystko na co spadł. Nikt się jednak tym nie przejmował, zabawa trwała w najlepsze. Tej nocy goście wypili małą cysternę pysznego samogonu. Nikt się tym nie przejął, a Edek zachęcał jeszcze do godnego spożycia.

Kolejny niestrudzony dzień nie przyniósł nic specjalnie nowego. Tylko przedmioty trochę się kleiły po wczorajszej ulewie. Ale to też szybko minęło i do południa wszystko było już normalnie. Edek zajął się swoimi normalnymi czynnościami w obejściu: oporządził krowy, świniaki nakarmił, przerzucił w gnój w oborze i co najważniejsze nowy nastaw ustawił. Od razu pod trzy cysterny ogromne, bo pewny był swojego nowego pomysłu. Miał to być hit sezonu, księżycówka jakiej świat nie widział, więc Edek włożył w nią całą swoją pasję, wiedzę i measterię niesłychaną. Chodziły już słuchy po całym WSD o tym nowym tworze, a zapytania szły z całej Polski kiedy będzie można spróbować nowego dzieła. Wielu przyjaciół z Europy, gdy zrozumieli po przejściu bakchicznej ekipy Edka przez ich kraj, co i jak należy pić, oczekiwało niecierpliwie na wielką inaugurację sezonu w Dropiu.

Edek pracował niestrudzenie cały dzień nowymi trunkami. Czas biegł mu przyjemnie i prędko. Pelaśka tego dnia czuła się źle, więc nic go nie odrywało od lubych zajęć. Gdy skończył późnym wieczorem, zmęczony był, ale szczęśliwy, bo w pracy łączył przyjemne z pożytecznym, tj. nie tylko produkował, ale też od razu smakował swoje wyroby. Dokonywał zarazem ich selekcji. Ten sezon miał być wyjątkowy i tylko najlepsze trunki miały się znaleźć na stołach. Miał to być sezon prawdziwego smakosza.

Późnym wieczorem gdy skończył był tak zmęczony, że nawet nie zwrócił uwagi, że żadni goście się nie pojawili. Przyjął to nawet z ulgą i spokojnie zasnął, utrudzonym snem człowieka spracowanego i trochę pijanego. Obudziło go niespokojne smutrzenie ssuwakków. Jak wiemy ssuwakki smutrzą wtedy, gdy są czymś bardzo zaniepokojone, więc Edek szybko wyszedł na podwórze. Tam zobaczył Pelaśkę stojącą na środku podwórka z siekierą i pokaźnym kilofem, wokół niej biegały zasmucone ssuwakki. Pelaśka gdy tylko zobaczył Edka w całej siły rzuciła w niego siekierą. Następnie zaczęła biec w jego kierunku z podniesionym kilofem i zapewne z myślą o zabiciu na miejscu. W tej samej chwili rozległo się ciche „plum” i WSD wyrzuciło Pelaśkę na zewnątrz.

Edek bez trudu zatrzymał siekierę lingą telekinetyczną i stanął w najwyższym zdumieniu nie wiedząc co czynić dalej i co myśleć o tym zdarzeniu. Właśnie stracił swoją ukochaną żonę. Ostoję ich sielskiego życia i dawczynię pysznych obiadów. Edek postanowił szukać ratunku u swojego druha niezawodnego Martina Samogonki. Zaledwie zdążył o nim pomyśleć, a ten pojawił się na podwórku. Minę miał bardzo poważną, a w jednej dłoni trzymał długi nóż, w drugiej potężny tasak. Zaledwie zdążył podnieść go do rzutu, a Edek powiedzieć:

– I ty, kurwa Martin przeciwko mnie! – gdy rozległo się „plum” i Martin zniknął.

Szalony Edek stanął na schodach swego obszernego domostwa i oczekiwał na to, co się teraz wydarzy. Po nagłej utracie żony i najbliższego druha spodziewał się już wszystkiego. I nie pomylił się. Najpierw od strony Joanina posłyszał gwar głosów, a chwilę później na drodze pojawił się wielki tłum. Wszyscy dźwigali możliwie ostre narzędzia. Było więc pełno wideł, morderczych szpadli, kilka kos, trochę sierpów. Tłum liczył coś ze trzysta osób. Gdy tylko Edek znalazł się w polu widzenia, wszyscy ruszyli niego ławą, krzycząc głośno:

– Urrrrraaaaa! – co bardziej krewcy ryzykowali rzut widłami już z trzydziestu metrów, widać polegali na swojej sztuce, inni, bardziej wyrafinowani, chcieli wyczekać i ukatrupić Edka z bliższego dystansu. Pewność ciosu i satysfakcja większa. Pewnie ich zawód był wielki, gdy znikali z cichym „plum”, nawet go nie drasnąwszy. Ostatni biegł profesor Kul’awy. W jednej dłoni miał mały scyzoryk, a w drugiej nóż do smarowania masła. Zdążył tylko wykrzyknąć do Edka:

– Ratuj się! Nie chcę… – i jak pozostali zrobił „plum”.

Edek został sam. Nie wiedział co o tym myśleć i żeby sprawdzić czy zjawisko rozszerzyło się na całe WSD, dosiadł mały traktorek i pojechał. Gdzie się tylko pojawił, ktoś zawsze wybiegał z jakiegoś niespodziewanego kąta z niewątpliwym zamiarem zabicia. W bardzo krótkim czasie został sam w całym WSD. Prawie sam. Bo okazało się później, że dziwne zdarzenia nie dotknęły Mrocznego Sergieja, ani Williama.

Tego ostatniego Edek spotkał, gdy w rozpaczy siedział na skrzyżowaniu dróg, tych z Sołek i Dropia, zaraz koło żelaznego mostku na Osownicy.

– Szukałem ciebie! – poinformował załamanego Edka.

– William co się kurwa dzieje!? Wszyscy chcą mnie zabić i zaraz potem znikają! – zapytał Edek.

Wtedy William opowiedział o swoim przypuszczeniu. Otóż uważa, że WSD zostało zaatakowane za pomocą neurobotów. Neuroboty przyszły z burzą, która miała miejsce wczoraj. Szybko rozprzestrzeniły się w całym WSD i zaatakowały jego mieszkańców. Mają różne właściwości, w tym zakładają nowe mapy powiązań synaptycznych oraz dowolnie zmieniają neurotransmitery w poszczególnych strukturach neuronalnych. Atak miał na celu takie przekształcenie mieszkańców WSD, żeby można było nimi sterować, a ich nadrzędnym celem miało się stać zabicie Edka. To nowa technologia wojskowa, więc zrobiło to wojsko i inni agenci, politycy oraz władcy słusznie nienawidzący Edka.

– Niewiele rozumiem, co do mnie gadasz William, ale jedno z tego wiem, że to polityki chcą mnie zabić? Ale za co? – zapytał nieco zaskoczony Edek.

– Od dawna już chcieli się dostać do WSD i je zniszczyć. A ciebie szczególnie nie lubią, chyba wiesz dlaczego?

– Nie, kurwa! Co ja im zrobiłem? – zapytał niewinnie Edek.

– Edziu, tysiące rzeczy. Poza parokrotnym niszczeniem świata, to kto ostatnio upił sporą część Europy i pijaństwem zdestabilizował piętnaście krajów? No kto?

– Chłop wypić musi, żeby za takie coś chcieć zabijać, to trzeba być abstynentem, lub politykiem! A czemu mnie tymi, jakoś je tam nazwałeś, nie zaatakowali?

Tu William wyjaśnił rzeczowo, w słowach mądrych i długich jakie były tego powody. Dobrze, że Edek miał ze sobą jedną flaszę rezerwową, co to ją zawsze nosił ze sobą, bo inaczej by usnął. Ale nawet litr na gadanie Williama nie wystarczył, bo jak wiadomo, gdy AI się rozgada o tym co lubi i na czym się zna, to może gadać do wypalenia się helu na Słońcu, albo i dłużej. W skrócie to, co zrozumiał Edek sprowadzało się do rzeczy następującej: ludzie mają otwartą plastyczność synaptyczno – neuronalną ( psn ). Dzięki temu mogą się zmieniać na poziomie neuronalnym, uczyć się, zmieniać zachowania, zapamiętywać itd. Są trochę jak komputer który można oprogramować. To właśnie wykorzystali wojacy, żeby manipulować wszystkimi ludźmi w WDS i na całym świecie. W przypadku Edka było to niemożliwie, ponieważ u niego psn została zamknięta. Plastyczność nadal pozostała, ale nie można było jej dowolnie rekonfigurować, czyli zdalnie Edkiem manipulować. A stało się tak, odkąd połączył się, czy bardziej utworzył swoją rezydualną interaktywną projekcją ( rip ) w świecie AI-ów. Inaczej każdy AI mógłby dowolnie zmieniać rip Edka oraz jego samego. Takie zabezpieczenie. Gdy mieszkańcy WSD zmienili się w krwiożercze bestie, wytworzone przez wojaków, w jednej chwili zostali wyrzucenie poza WSD, bo ich intencje nie były czyste.

– William! Przestań, kurwa tyle gadać – rzeczowo zauważył Edek – i powiedz, co robim dalej!

– Nie chcesz jeszcze trochę posłuchać? Zaraz zrobi się jeszcze ciekawiej!

– Nie William! Nie, kurwa, nie! Chcę żeby mi oddało Pelaśkę i druha lubego Martina.

Cóż pozostało Williamowi. Przestał gadać i przeszedł do konkretów. Jako specjalista od nanotechnologii zaczął od przygotowania kontr neurobotów do zamykania psn. Nie mógł długo wymyśleć dla nich nośnika, ale tu Edek podpowiedział niezawodną technologię. Taką która znajdzie uznanie wszystkich a i zachęcić będzie łatwo do spróbowania. Zaproponował mianowicie, podaż odtrutki w samogonie. Nawet szybko nazwał nowy eliksir: „wyzwalająca okowita”.

William sprawnie przygotował odtrutkę, zaś Szalony Edek przeznaczył na ten szczytny cel cały swój zapas samogonu. Cysterny małe, średnie i wielkie. Razem tyle, że dobrze zabawić się mogło miasto średniej wielkości. William podciągał traktorkiem cysterny wyzwolenia na błonia pod WSD, na których stali mieszkańcy WSD, a także wielu innych chętnych do rozprawienia się z Edkiem. Ludzi było tam dużo, wielki tłum falował groźnie. Było tego wszystkie może z jakieś trzysta, czterysta tysięcy ludzi. Wszyscy porażenie przez neuroboty, wszyscy żądni śmierci Edka. Jednak gdy pojawiła się pierwsza cysterna wyzwolenia, nie dali się namawiać długo, zwłaszcza mieszkańcy WSD, bo pomimo ich nowej złowieszczej pasji, zachowali wielki sentyment do tworów Edka. Rozpoczęła się wielka degustacja, której efekty nie kazały na siebie długo czekać, zwłaszcza że William wtaczał coraz to nowe cysterny pełne smakołyku. Karnawał się zaczął, elizyjska zabawa trwała przez dwa dni i dwie noce, a gdy tłumy obudziły się trzeciego dnia, zaledwie tylko trzeźwe, zrozumiały jak wielkiego oszustwa padły ofiarą. Złość ich była wielka, oburzenie słuszne, chęć wymierzenia kary sprawcom tych wydarzenia niepowstrzymana. Pelaśka wróciła ze szlochem do Edka, a wierny druh Martin Samogonka z trwogą, że takie rzeczy mogą władcy robić. Wszyscy mieszkańcy WSD ponownie znaleźli się w wolnym świecie, bo już niepodatni na manipulacje byli i do WSD mogli wrócić. A wielki tłumy czyhające na Edka rozeszły się do swoich domów i tylko myślały o tym, gdzie zdobyć samogon doskonały, bo kto raz wypije boski trunek Szalonego Edka, wolny jak ptak się staje i będzie go chciał pić więcej i więcej.

I ja też na polach pod Dropiem okowitę wyzwolenia piłem, swoje psn zamknąłem, a cysternę na zapas od Edka dostałem.