Opowiadania Science Fiction prosto z serca Mazowsza…

Ilość przeczytanych książek na osobę od lat spadała. Rzecz jasna ten ponury fakt nie dotykał specjalnie Wolnych Stanów Dropia (WSD), bo tu nie zanotowano tego smutnego zjawiska. Z drugiej strony nie zanotowano też w WSD wzrostu ilości przeczytanych książek i Drop oraz jego okolice pozostawał na stałym poziomie zerowego czytelnictwa. Ludzie mieli tam po prostu inne pasje i targały nimi inne zwątpienia i rozterki niż te książkowe. Szalony Edek miał wprawdzie kiedyś kilka książek, o czym wspominaliśmy, ale że używał ich głównie do podpierania mebli i na rozpałkę, więc już się nie sprawdzały się w nowym domu, który zbudował po ślubie z Pelaśką. Po prostu meble były nowe nie wymagające podpórek i nie miał już pieca, tylko w pełni automatyczne centralne ogrzewanie, którym zresztą zarządzał jakiś niestrudzony i nieco złośliwy AI, ale o tym nie ma co pisać, bo to już historia drobnych i nieznaczących nieporozumień pomiędzy rasami.

W związku z powyższym nawet u Szalonego Edka książki zniknęły i nic nie wskazywało na to, że wrócą do łask. Wydawało się, że to koniec literatury w Dropiu. Nic bardziej mylnego. Rewolucja i szał książkowy zbliżały się nieuchronnie i miały dopiero nadejść. Zatrzymały je wprawdzie na jakiś czas, drobne kataklizmy, które nawiedziły Ziemię pomiędzy ślubem Edka, a wyemigrowaniem Monstrum i paru miliardów szukających spokoju Ziemian (niech im nowa Ziemia służy), a szczególnie różne figle z czasem, które wyprawiał nieokrzesany potwór bagienny i niecne podstępy Dolusów, gotowych zrobić wszystko dla zysku.

A szał książkowy zaczął się tak:

Był to wdzięczny pijany poranek, jeden z wielu w którym alkohol działał niczym wdzięczny katalizator myśli, wszystko było proste, łatwe, wyjaśnialne i wspaniałe. Świat był majestatyczny i przyjazny. Druh nieodstępny Szalonego Edka, Martin Samogonka, w tym właśnie tygodniu wypuścił nową linię dropiańskiego samogonu, którą nazwał bez niepotrzebnego kluczenia: „zwalacz”. I tym właśnie trunkiem przyjaciele raczyli się od paru dni, więc humory mieli wyśmienite, a kielichy pełne. Trunek był rzeczywiście dobry, bo wielu miastowych, co to zwykle u Edka przesiadywali żeby słuchać historii o potworach, najazdach kosmitów i pętlach czasowych, leżało pod stołami, pokonanych przez napitek Martina. Trunek Martina dostał za ten wyczyn na razie trzy gwiazdki, po jednej za każdych dziesięciu pokonanych mieszkańców miasta i wszyscy byli pewni, że nie jest to ostatnie słowo, zacnej księżycówki.

Nastrój tego upojnego poranka zepsuł Andrzej. Inny pijak z Dropia, sąsiad. Zazdrościł od dawna Edkowi powodzenia i nawet kiedyś nastawał na jego życie, co zostało mu przecież wspaniałomyślnie wybaczone. Był długi okres kiedy układało dobrze się miedzy nimi i nawet powstało coś przypominającego więź przyjaźni, ale oczywiście nie takiej jak z Martinem Samogonką, profesorem Kul’awym, czy nawet Mrocznym Sergiejem.  Teraz jednak, gdy Pelaśka ostatecznie skierowała swe upodobania na Edka i świata poza nim nie widziała, gdy Edek zbudował chałupę większą niż chałupa Andrzeja, gdy w ogóle wiodło mu się i powodziło, Andrzej nie mógł tego dłużej już znieść. Nie spał po nocach i obmyślał tylko jak tu zaszkodzić Edkowi.

I tego właśnie pięknego poranka rozpoczął swój niecny atak na Edka. Rozpoczął sprytnie, niby udając przyjaciela od serca, zaniepokojonego, że talent Edka się marnuje i nikt go nie docenia. Andrzej nawiązał tu do dwudziestu dwóch kryminałów, które Edek napisał w wirtualnym świecie AI-ów i które rozeszły się na Ziemi, w świecie prawdziwym (czym nie chcemy obrazić AI-ów, ale stare przyzwyczajenia robią swoje) w dziesiątkach milionów. Były przebojem sezonu i szkoda wielka, że po takim sukcesie Edek zaszył się w WSD, nic nie pisze i niedługo wszyscy o nim zapomną.

Była to ewidentna nieprawda, bo ludzie nie byli w stanie zapomnieć o Edku. Tu jako przykład podamy ilość odniesień do Szalonego Edka w „Historii drugiej Ziemi” napisanego przez jednego z emigrantów do nowego świata, stworzonego przez Monstrum, całe sto dwanaście lat świetlnych od Ziemi, gdzie przecież wydawało się, że wszyscy chcą zapomnieć o pierwszej Ziemi, z której właściwie uciekli. Otóż nie, a na pewno nie zapomnieli o Edku. W całym dziele, liczącym osiemset stron, było ponad tysiąc pięćset odniesień do Szalonego Edka. Znaczenie mniej niż do Monstrum, ale jak się słusznie domyślamy Monstrum było to obojętne, jak wszystko, co nie przerywało słodyczy lenistwa. Więc o Edku pamiętano wszędzie tam, gdzie byli ludzie. Prawdą jest, ze nie wszyscy najlepiej i było sporo takich, którzy nie mogli Edkowi wybaczyć wszystkich zniszczeń, katastrof, a szczególnie chcieli go przykładnie ukarać, żeby pokazać, że jest na Ziemi jeszcze sprawiedliwość i bezpieczeństwo, i każe się takich ludzi co to myślą tylko o piciu i za nic mają przepisy oraz normy mądre i konieczne. Więc dybiących na Edka było wielu, ale WSD nie wpuszczało ich do środka, bo przecież mogli się tam znaleźć wyłącznie ludzie uczciwi o czystych sercach i dobrych intencjach.

Andrzej czuł też, że jego dni w WSD są policzone, bo targająca nim zazdrość oraz rosnąca nienawiść, zżerały mu serce, a intencje na pewno miewał nieczyste. Działał więc szybko, a swój plan przygotował długo i starannie. Po odwołaniu do kryminałów przypomniał, wielkie tryumfy alkoholowe nad miastowymi. Bitwy straszliwe na moc głowy, w których pod stołem lądowali nawet najtwardsi zawodnicy. Edek, gdy to usłyszał rozczulił się. Łza nad dawną świetnością stoczyła mu się z policzka i zapragnął od razu dawnych przewag i wielkich pijatyk bez końca, ale tu surowo spojrzała na niego Pelaśka i od razu zrozumiał, gdzie są granice cierpliwości małżeńskiej. Posmutniał od razu, głowę zwiesił i w smutku wypił szklanicę boskiej księżycówki.

Na to tylko czekał Andrzej. Powiedział, że słyszał o mocarzu, którego sława sięga gwiazd (miał na myśli chociażby Ziemię Bis) i które może wypić ocean zwykłego samogonu i morze najmocniejszej księżycówki. Ów mocarz, Maurycy z Ryków chętnie by się pewnie zmierzył z Edkiem, ale nie może wejść do WSD, bo nie wpuszcza go do środka. Wszyscy więc myślą, że Edek boi się przeciwnika i chowa tchórzliwie przed mocniejszą głową.

Gdy Szalony Edek to usłyszał, najpierw zaniemówił, potem poczerwieniał, wydawało się że trafi go zaraz atak złości, lub apopleksji. Nic takiego jednak się nie stało, wybiegł tylko na dwór i ulżył sobie demolując nowy traktor i niszcząc połowę płotu, bo taki był zagniewany. Gdy wrócił, był już spokojny i nieco drżącym głosem powiedział:

– Mogę z nim, kurwa stanąć do wypitki, w każdym miejscu i o każdym czasie! Niech poda swoje warunki!

– Powoli, powoli. Po co się śpieszyć, trza się trochę przygotować. Potrenować ździebko – uspokoił Andrzej.

Następnie nalał wszystkim kolejką, wzniósł toast za zwycięstwo Edka i przypomniał, że walka musi być uczciwa, czyli Edek musi mieć przy sobie przynajmniej dwa ssuwakki, bo inaczej przecież każdy etanol będzie dla niego jak woda. Ponadto trzeba to mądrze zorganizować, tak żeby nikt nie zauważył, wielkiej wyprawy z WSD do Ryków. Czyli pójdą po cichu, we dwóch, polami się przedrą, traktorem jakim dyskretnie przejadą i niezauważeni dotrą do mistrza z Ryków.

Edek zgodził się na takie warunki i ustalili, że ruszą z samego rana, jak tylko krowy ryczeć zaczną po nocy.

Gdy wyruszyli następnego dnia, zapowiadał się piękny poranek. Zdjęli budę z wysłużonego traktora Andrzeja, podpięli na wszelki wypadek cysternę samogonu, żeby zawody się udały i wyruszyli żegnani okrzykami dzielnych druhów Edka i szlochem Pelaśki.

Droga wiodła zakolami przez ciche pola symbiontowe, ptaki śpiewały, a serce się radowało w dzień tak piękny. Czas mijał im szybko, bo mieli sobie dużo do opowiedzenia, a zawsze wesoły Edek tym razem był jeszcze weselszy bo jechał wszak na to co lubił, czyli na naprawdę wielkie picie. Tylko ssuwakki kręciły się niespokojnie i popiskiwały, jakby wietrzyły niebezpieczeństwo, ale to pewnie z tego, że rzadko opuszczały WSD.

Andrzej wiedział, że Edek jest już urobiony do jego podstępnych celów i czuł, że chwila zemsty jest blisko. Jednak zaczął ostrożnie, że Edek pić może jeszcze umie, ale takich dobrych kryminałów to już nie umiałby napisać. Powtórzył to parę razy i tak długo męczył Szalonego Edka aż ten wykrzyknął:

– Ja nie umiem! Ja ci nawet mogę te, jak one tam, romanse machnąć, takie że łza ci z oczu poleci!

– To pokaż, że umiesz, a nie tylko się przechwalasz! – odpowiedział chytrze Andrzej.

Cóż pozostało Edkowi. Spojrzał z wyrzutem na Andrzeja, że męczy go takimi głupotami przed tak ważnym pojedynkiem i połączył się ze swoją rezydualną interaktywną projekcją (rip) w świecie AI-ów. Jego ciało, jak to zwykle w takim przypadku stało się „bezwładne, puste, sflaczałe i bez przytomności”. Na to tylko czekał Andrzej. W jednej chwili narzucił na Szalonego Edka całun ekranujący i od razu, gdy to się stało ze wszystkich stron pojawili się komandosi, maszyny bojowe, nadleciały helikoptery. Komandosi przechwycili bezwładne ciało, zapakowali do helikoptera, który natychmiast odleciał. Andrzej zatarł ręce. Tak oto pozbył się swojego wroga na zawsze i już teraz może być szczęśliwy, i wolny, a Edek zostanie nareszcie ukarany za swoją butę, i nie będzie już bezkarnie po Ziemi się włóczył.

Gdy minęło siedem dni i Edek nie wracał, jego druhowie i Pelaśka zaczęli się niepokoić, bo to przecież wiadomo, że naprawdę wielkie zawody wpiciu trwają do siedmiu dni. Widać, uznali, Edek spotkał w Maurycym z Ryków wielkiego przeciwnika i bitwa trwać musiała dłużej. Gdy jednak mijały kolejne dni, a Edka nadal nie było, zaczęli się poważnie niepokoić i wszczęli wielkie poszukiwania Andrzeja i Edka. Szybko okazało się, że Maurycy z Ryków nigdy w Rykach nie mieszkał i nikt go nie zna. Po prostu nie istnieje. To akurat było zrozumiałe dla mieszkańców Dropia, bo w całym kosmosie chyba nie masz takiej istoty, która mogłaby tyle wypić, co Edek. I to ich uspokoiło, że tytuł championa jest niezagrożony. Pozostał wszak problem gdzie się podziali Edek i Andrzej.

Dosyć szybko udało się dzięki uczynnym mieszkańcom Ryków ustalić, że Edek został porwany przez wojsko, a Andrzej nie niepokojony przez nikogo, a nawet obsypany nagrodami za pojmanie takiej klasy zbója, odjechał swoim traktorkiem w siną dal.

– Zdrada! Kurwa zdrada! – zakrzyknął w straszliwej rozpaczy Martin Samogonka.

Mieszkańcy WSD, dzielni druhowie i Pelaśka wrócili do swych rodzinnych wiosek w smutku i przygnębieniu wielkim. Świat bez Edka wydał im się beznadziejny i pusty. Dopiero, gdy ochłonęli z pierwszej rozpaczy, zaczęli obmyślać jak odnaleźć Edka i jak go uwolnić.

Z pomocą przyszła im wybitna wiedza wojskowa Martina Samogonki, wprawdzie nieco przedterminowa, ale zawsze aktualna. Otóż Martin wpadł na pomysł genialny w swojej prostocie, że Edek przetrzymywany jest w bazie wojskowej, ale nie takiej zwykłej, tylko specjalnej, takiej w której z więźnia wydobędzie się wszystko, a więc w bazie wyspecjalizowanej w wyrafinowanych torturach i innych metodach wydobywania zeznań. Założył bowiem, że chciwe agencje i pazerni na wiedzę wojskowi będą chcieli wydobyć tajne informacje z Edka. Szybko, dzięki paru głębszym kolejkom księżycówki, przypomniał sobie co ciekawsze lokalizacje. Potem, gdy już zebrali się wszyscy druhowie Edka i Pelaśka, z było tego coś ze trzysta osób, zaczęli radzić.

Na początku nic z tego nie wyszło i całość zakończyła się pijatyką, a potem rzetelną rozróbą, taką jak się godzi, czyli jak zwykle na sztachety. I dopiero, gdy druhowie obudzili się następnego dnia, szczęśliwi, zrelaksowani po bójce i wypoczęci, pojawiły się konkrety. Dużo mądrego wniósł William, który przenalizował logi dwóch baz wskazanych przez Martina oraz pięciuset, które sam znalazł. Pomogło mu w tym niemało to, że kontakt jako AI, miał przecież ciągły z Edkiem, dzięki czemu Pelaśka była też spokojniejsza i pewniejsza, że jakoś chłopa uda się odzyskać. Szybko się okazało, po prostej analizie, w której bazie Edka przetrzymują. Teraz pozostało tylko działanie. Martin został okrzyknięty przywódcą drużyny ratunkowej, a William jego zastępcą. Jak ruszali z wielką misją odbicia Szalonego Edka, to żegnało ich całe WSD, Pelaśka płakała i ręce z rozpaczy i tęsknoty załamywała, a Mroczny Sergiej dał im na drogę zamiast dobrej rady, ze dwie lingi na wszelki wypadek, bo z tymi wojskowymi to żartów nie ma i nie zawsze po dobroci rozumieją, że wzięli coś co do nich nie należy.

Drużyna jechała do Edka przez dwa miesiące. Trochę to z powolności traktorów, trochę z tego, że nie zawsze pamiętali, po co jadą, gdy zanadto przesadzili z dobrodziejstwami napitków, które w cysternach zapasowych ciągnęli (w głównych mieli broń na pazernych wojaków).  Jednak wreszcie dotarli do bram bazy w której przetrzymywano Szalonego Edka. Bez wahania przedarli się przez bramę na której stało paru wojaków, ale niegroźnych takich i nawet przestraszonych, gdy zobaczyli kupę chłopstwa bezkompromisowego. Tak nie zatrzymywani dotarli do potężnego gmachu w którym był przetrzymywany Szalony Edek. Tu pojawiło się dużo dzielnych wojaków, wspartych sprzętem lekkim i ciężkim, latającym i bzyczącym, więc spora potęga. Z megafonów rozległ się tubalny głos, mówiący w  subgalaktycznym. Wprawdzie była to Francja, ale tak jak wszędzie na Ziemi, wszyscy już gadali w  subgalaktycznym, więc nawet Francuzi musieli się przełamać i mówić w języku galaktyki. Władczy głos poinformował zebranych:

– Znajdujecie się na terenie bazy wojskowej. Przebywanie na jej terenie osób nieupoważnionych jest zabronione i karalne. Natychmiast opuście teren bazy, albo zostaniecie z niej usunięci siłą. Daję wam dziesięć sekund do namysłu, a potem użyjemy siły.

Na to odpowiedział Martin Samogonka, przez wielki megafon, którego siła mogła konkurować z rykiem Krasuli, sławnej krowy Edka:

– Wydajta nam Edka, to pójdziemy, kurwa po dobroci! A jak nie, to będzie rozpierducha – i tu Martin wymownie spojrzał na cysterny, ustawione w szyku bojowym i gotowe do działania.

A w tych cysternach, była najprzedniejsza gnojówka, w ilości wielkiej, używana do użyźniania pól dropiańskich i w całym WSD. Więc była esencjonalna, ciężka i śmierdząca. Jako wyrzutnie były przygotowane opryskiwacze, odpowiednio przerobione i spięte potężnymi rurami z cysternami. Cały system bojowy stał przygotowany do walki na jeden tylko rozkaz Martina.

Wyraźnie obydwie strony nie chciały ustąpić i konflikt był pewny. Jako pierwsi zaczęli żołnierze. Ruszyli swoimi ciężkimi pojazdami, w tym dwoma czołgami z dumnie podniesionymi lufami, na waleczne chłopstwo. Wyraźnym zamiarem wojaków było zepchnąć przeciwników do głębokiej defensywy, zniszczyć traktory i cysterny, a następnie bezbronnych uwięzić, a może i co gorszego z nimi zrobić. Na to Martin wykrzyknął:

– Walimy do nich! Ze wszystkiego, co mamy! – i szlachetni mieszkańcy WSD otworzyli ogień ze swoich machin straszliwych.

Jednak czy to skutkiem, tego że gnojówka cokolwiek się podstarzała przez dwa miesiące podróży, czy może przez to, że nikt wcześniej nie przetestował broni groźnej, a może przez to też, że dzielni bojownicy ledwo stali na nogach wyczerpani księżycówką i podróżą, efekt ataku ostatecznie był mizerny. Opryskiwacze niezdarnie siknęły gnojówką i od razu się zatkały, rury łączące cysterny z opryskiwaczami poodpadały, a cenna amunicja zaczęła się obficie wylewać. Wprawdzie smród i fetor był z tego niesłychany, ale tylko lokalnie, wokół cystern niezwyciężonych. Klęskę była więc dla wszystkich oczywista. Technologia dropiańska zawiodła na całej linii. Bezlitosnych pierścień maszyn zamykał się wokół bezradnych druhów Szalonego Edka.

Wtedy Martin przypomniał sobie o technologii kosmicznej. Zamiast bezradnie kombinować z gnojówką użył po prostu lingi ochronnej w którą wyposażył drużynę Mroczny Sergiej. Linga, jak wszystko zresztą co pochodziło z tego źródła, była niezawodna i bez żadnej fuszerki odepchnęła wrogie oddziały. Zrobiła to z delikatnością hostessy rozdającej czekoladki i od razu się przerzedziło, a zdziwieni wojacy znaleźli się na słonecznych plażach przeludnionej Gran Canarii. Początkowo byli zdziwieni i cokolwiek przerażeni, ale w chwilę później zrozumieli, że należy korzystać z darów losu i poszli się opalać.

A tymczasem pod bazą trwała walka, a właściwie rzeź. Oczywiście o ile rzezią można nazwać wysyłanie wszystkich atakujących żołnierzy na Gran Canarię. Gdy w ten sposób zostało wysłanych ponad dwadzieścia tysięcy walecznych wojaków, na pewne przecież poparzenie słoneczne, bo mało który miał ze sobą krem do opalania, baza opustoszała zupełnie i była całkowicie bezbronna. Wtedy radosne chłopstwo wtargnęło do środka. Szybko znaleźli ponurą celę w której przetrzymywany był Szalony Edek. Bez wahania wynieśli bezwładne ciało na światło słońca, poza zasięg filtrów ekranujących i Edek natychmiast ożył. Jego pierwsze słowa były zrozumiałe dla wszystkich i oczywiste:

– Gorzałki, kurwa!

A potem Szalony Edek długo pił i nie mógł się nacieszyć odzyskanym ciałem i mocą jego wielką w zakresie możliwości wypicia. Gdy już dobrze sobie podpił, ucieszył odzyskaną wolnością i wydobył z uścisków druhów ulubionych, ruszyli wielkim pochodem przez Europę. A każda wieś, miasteczko, czy miasto, które stało na ich drodze ulegało ich tryumfalnej radości i wytaczało swoje zapasy gorzałki i uciecha, i śpiew towarzyszyły ich przejściu. Wielu do nich się dołączało i gdy po paru miesiącach doszli do WSD było ich razem z dziesięć razy tyle, co cała populacja WSD. Nikt ich po drodze też nie niepokoił, bo ci którzy ich atakowali szybko lądowali na plaży na Gran Canarii, a potem na Teneryfie, a gdy już tam się nie mieścili, to na innych wyspach tego sławnego, słonecznego archipelagu. Wojakom bardzo się tam spodobało, nie chcieli wracać za bardzo do walki i żmudnych obowiązków, więc utworzyli Wojskowe Stany Wschodniego Atlantyku (WSWA). Wprawdzie długo WSWA nie przetrwały, bo rozpadły się na może jakieś pół roku przed nieszczęsnym najazdem Ebriusów, ale co naużywali życia przez te trzy lata z okładem, to było ich.

Edek pewnie by przyśpieszył marsz powrotny, bo przecież tęsknił za żoną swą, Pelaśką, za rozkoszą której mu hojnie udzielała i kuchnią wyśmienitą, która każdy obiad w przedsionek raju zmieniała. Ale Pelaśka dojechała do ukochanego i nic już nie przerywało szczęścia i uciechy.

Wydaje się to niemożliwe, ale podczas pochodu drużyny Szalonego Edka, konsumpcja alkoholu wzrosła w Europie dwukrotnie, a produktywność spadła o dwadzieścia procent. Jednak nikt nie policzył o ile wzrosło szczęście i swoboda, ale tym mało kto jest naprawdę zainteresowany.

Po jakimś czasie, gdy Edek już ochłonął po nowych przygodach, gdy ponownie zadomowił się w swoim pięknym Dropiu, opowiedział druhom nieodstępnym i Pelaśce, czym zajmował się w rip, przez długie miesiące tęsknoty. Otóż napisał, trzy romanse. Jeden łamiący serca, drugi roztkliwiający, trzeci porywający do najwyższych uniesień miłosnych. Kiedyś, podczas pierwszego, krótkiego pobytu w rip, napisał dwadzieścia dwa kryminały, które zawojowały świat. Podczas drugiego, długiego pobytu, poszedł na jakość. Teraz zastanawia czyby ich nie wydać, bo nawet jemu się całkiem podobają.

Druhowie znający przecież nieśmiałość Edka, zaczęli go namawiać, żeby się nie wahał i wydał, bo świat potrzebuje wiele miłości i jeszcze więcej rozrywki. Edek nie dał się długo prosić i puścił w ruch swoje kontakty drukarskie. Książki szybko zostały wydrukowane, na początek w niemałym nakładzie miliona egzemplarzy każda i wtedy zaczęło się.

Zaczęło się od Dropia, w którym jako pierwszym książki zostały rozdystrybuowane. Ci którzy zaczęli czytać zaprzestali jakiejkolwiek aktywności poza czytaniem i tylko po ich twarzach było widać co przeżywają: straszliwy zawód złamanego serca, wielką tkliwość, czy nieskończone uniesienie niezwykłej miłości. I tak rozpoczął się szał czytelniczy w Dropiu, wprawdzie dotyczący tylko trzech tytułów, ale to też się liczy do statystyk.

Szał bardzo szybko przeniósł się na inne wsie, miasteczka i miasta Polski, i bardzo szybko wszystko stanęło. Cała Polska ucichła i wszyscy tylko czytali. Zaraza czytelnicza niesłychanie sprawnie przeniosła się do Niemiec, Francji, Rosji i kilku jeszcze europejskich krajów. Żeby ją powstrzymać, stworzono indeks ksiąg zakazanych, w którym znalazły się wszystkie pozycje książkowe Szalonego Edka, a ich dystrybucję, sprzedaż i czytanie obłożono szczególnie ciężkimi karami. Jednak nic to nie dało i w ciągu kolejnego tygodnia cały świat stanął. Nie działo się nic z tego, co ludzie zwykle wykonywali, szczęśliwie AI-e podtrzymywały jakoś ciągłość egzystencji i funkcjonowanie świata.

Na szczęście nie samą miłością żyje człowiek i zaraza książkowa odpuściła tak samo szybko jak przyszła, bo ileż razy w ciągu miesiąca można przeżywać krańcowe uniesienia miłości, czy rozpacz utraty ukochanego. Straty na całej Ziemi były przeogromne, porównywalne do tych, które zwykle powodował Szalony Edek. Jednak tym razem darowano Edkowi wszystkie kary, chyba pod wpływem nowego ducha miłości, albo beznadziejności ich nakładania i bezskuteczności egzekucji i nawet gdzieniegdzie powstały jego pomniki, jako największego pisarza w dziejach Ziemi.

Tak zakończyła się historia zawiści Andrzeja, która dała zupełnie odwrotne do zamierzonych efekty. O samym Andrzeju słuch zaginął, wiadomo tylko było, że zaraz po wydaniu Szalonego Edka uciekł na Gran Canarię, gdzie chciał w szczęściu, słońcu i rozkoszy dokonać swego nędznego żywota.