Opowiadania Science Fiction prosto z samego Dropia…..

Opowiem wam o końcu świata i o tym co z tego wynikło.

Było to zwykłe popołudnie, jedno z tych których dużo było w Dropiu i jeszcze więcej będzie w przyszłości. W takie popołudnie najlepiej rozmawia się o rzeczach niezobowiązujących, kłopotach sąsiadów, nowych ubraniach, wyposażeniu domu, które trzeba dokupić, czy innych miłych rzeczach, jakie ten świat oferuje w swojej obfitości. W tych tematach lubowała się Pelaśka i mogła o nich rozmawiać godzinami. W przeciwieństwie do Szalonego Edka, który się w nich nie lubował i mógł o nich milczeć godzinami. W ogóle mogłyby dla niego nie istnieć, ale Pelaśka w tym względzie była nienasycona i nie wystarczały jej całodzienne maratony wymiany kluczowych informacji z kumoszkami, potrzebowała jeszcze afirmacji Edka. Sądziła, że nie ma między nimi porozumienia, gdy Edek nie słuchał jej uważnie i z należytym napięciem, że jej już nie kocha, nie rozumie i zajmuje się tylko swoimi sprawami. Jednym słowem, że jest nastawionym wyłącznie na siebie egoistą.

Taki stan rzeczy powodował, że nad słonecznym Dropiem, krainą marzeń i spokoju, zbierały się coraz czarniejsze chmury. Dawniej w takich przypadkach Pelaśka wracała do swojego Joanina, do swej chałupy i tam pokrzywdzona czekała na przeprosiny Edka, który rychło nadchodziły, bo wiadomo powszechnie, że chłop bez baby długo wytrzymać nie może, inaczej głupieje i coś złego się z nim robi.  Tęsknoty miewa nieprzyzwoite, samotność zawsze go spiera i ostatecznie poddaje się woli baby. Tak do tej pory bywało z Edkiem, ale odkąd mieszkali razem, ten sprawdzony mechanizm nie działał. Więc burza wzbierała nad Dropiem i wybuch musiał nastąpić, a że obydwoje charakterni byli, to można było spodziewać się najgorszego, bo w takich sytuacjach, zwykle ustępliwy Edek, robił się zajadły i szalony, w czym nie ustępowała mu Pelaśka.

Burza zaczęła się od kota. Niewinnego zwierzęcia, którego chyba główną intencją było oznaczyć swój teren, w czasie godów kocich, jako swój własny i jako przestrogę dla wszystkich innych butnych samców. Smród z tego był straszny, znać było, że jakiś wielki koci samiec go pozostawił. Śmierdziało pół podwórka i wszystkie wejścia do chałupy Edka. Pelaśka uznała, że usunięcie nieprzyjemnych zapachów jest dobrą pracą dla Edka, więc poinformowała go o zadaniu na to piękne popołudnie. Przecież i tak nie miał nic do roboty, skoro nie chciał jej słuchać i nie rozumiał się na rzeczach istotnych. A tak miał przynajmniej szansę zrobić coś pożytecznego, a wiedzieć trzeba, że po ślubie zrobiła się butna i władcza, jak to baba, gdy poczuje, że władzę uzyskała, i ma niepodważalne prawa do swojego chłopa,  poparte na dodatek pełną wiedzę co jest dla niego dobre, a co złe.

– Co tak siedzisz gnuśnie i przelewasz te swoje wstrętne samogony, posprzątaj lepiej, bo kot naszczał straszliwie! – zauważyła subtelnie i od razu dała wskazówkę wykonawczą.

Edek jak to on, gdy złość zaczynała nim targać okrutnie i beznamiętnie, odpowiedział z wysilonym spokojem:

– Jak naszczał, to jest naszczane! Deszcz zmyje.

I od tego rozpętało się piekło, burza eksplodowała, furia narastająca od długiego czasu wyładowała się w konflikcie groźnym, straszliwym i ostatecznym. Zaczęło się od niewinnego ze strony Pelaśki:

– Posprzątasz jednak!

A gdy Edek podtrzymał swoją wersję przyszłych wydarzeń i jasno dał do zrozumienia jakie ma priorytety i jak bardzo odległa jest jego wizja robienia porządków od wizji Pelaśki, ta nie wytrzymała i najpierw zaczęła od krzyku, wrzasków i pisku na temat lenistwa Edka (trochę słusznie), opilstwa (prawda, ale to z pasji), niezaradności, braku celu w życiu, głupoty, słabości woli i w ogóle wszystkiego co złe i najgorsze. A gdy tak się zasłuchała w swoim głosie, to już przestać nie mogła i wykrzyczała Edkowi wszystko, co jej leżało na sercu, a że zły dzień miała, to na sercu leżało dużo.

Normalnie Edek nie przejąłby się zbytnio, trochę by posłuchał, puścił wszystko mimo ucha i wszystko by się dobrze skończyło, ale tego dnia też nie był w humorze i grzecznie poprosił, jak to on trochę żartobliwie:

– Zamilcz kobieto, bo cię ukażę!

Pelaśka rzecz jasna nie zrozumiała dobrego żartu i wpadła w furię straszliwą i groźną. Zaczęła się drzeć przerażająco, nazywać Edka wieprzem, na przemian tłustym, lub głupim, pijakiem i szubrawcem wioskowym. Potem, gdy Edek tylko się na to roześmiał, zaczęła rzucać różnymi przedmiotami. Rozpoczęła dzieło zniszczenia od talerzy i paru kubków, ale gdy zrozumiała, że nie robi to na nim wrażenia, przeszła do rozbijania butelek pełnych boskiego trunku, samogonu wspaniałego, żółtego jak najlepsze paliwo rolnicze, czekającego właśnie na gości niechybnych. Wtedy Edek zrozumiał, że żarty się skończyły i rozbił ulubiony wazon Pelaśki, dwa talerze ze ściany i lampę w pokoju.

Pelaśkę, gdy to ujrzała, ogarnęła histeria i rozpacz utraty. Zmieniła kierunek ataku. Zaczęła rzucać butelkami w Edka, tak żeby jeśli nie zabić, to przynajmniej zranić. Faktycznie raniła go straszliwie, ale bardziej tym, że jego wspaniała księżycówka płynie bezowocnie litrami po ścianach. I wtedy zdecydował się na użycie lingi telekinetycznej, którą dostał od Mrocznego Sergieja w prezencie ślubnym. Sergiej wiedząc, że lingi w rękach Edka na ogół są przyczyną końca świata, a jeśli nie, to przynajmniej poważnie mogą świat naruszyć, podarował lingę o małym działaniu, wyłącznie lokalnym, taką że dało się dzięki niej może przesunąć mebel, przesadzić róże, albo jakieś małe drzewko. Taką lingę nieszkodliwą, dobrą dla dziecka, albo dla Edka właśnie. I ta linga została użyta po to, żeby zatrzymać Pelaśkę. Edek miał dosyć tej całej kłótni, tego całego marnotrawstwa i unieruchomił Pelaśkę, mocą lingi. Pelaśka mogła tylko wykrzykiwać dalsze wyzwiska, bez żadnej możliwości ruchu, a że próbowała się uwolnić i wyglądało to dosyć śmiesznie, Edek nie mógł powstrzymać rozabawienia. Ulżył sobie śmiechem głośnym i całkowicie szczerym. To był jego błąd, bo w chwilę później wszystko wokół eksplodowało, dom się rozpadł, ziemia wokół podniosła się gwałtownie wyrzucając skały, wszystko zaczęło się rozpadać w straszliwym huku, obłokach kurzu i nie było już domu, podwórka, Dropia, Wolnych Stanów Dropia (WSD), Węgrowa, Warszawy, Polski, Europy i innych kontynentów, nie było już Ziemi. To był koniec naszej planety.

Żeby zrozumieć należycie co się stało, należy cofnąć się o parę miesięcy. Nastąpił wtedy najgroźniejszy ze wszystkich najazdów kosmitów na Ziemię. Był to najazd Dolusów. Dolusowie to cywilizacja dosyć zaawansowana, choć nic nie może się równać w naszej galaktyce z cywilizacją z której pochodził Mroczny Sergiej, podstępna i zachłanna, ale za to znająca dobrze prawa galaktyczne i aktywnie uczestnicząca w ich stanowieniu. Dlatego ich najazd choć tak groźny i straszliwy, odbył się w taki sposób, że nikt go nie zauważył. Miał on miejsce we śnie Pelaśki i jej kota. Kot jako zwierzę wyrachowane, ale niezbyt świadome, miał tylko niejasne i mgliste poczucie, że coś istotnego się wydarzyło i że coś powinien robić, ale nic z tego nie rozumiał. Z tego nierozumienia, które przekładało się na stres koci, tylko więcej sikał, tak że i dla niego samego życie w domu Edka i Pelaśki stało się nieznośne, bo strasznie śmierdziało. Sami widzicie, jak bardzo biedne zwierzę było niewinne.

Za to u Pelaśki działania podstępnych i okrutnych Dolusów padły na podatny grunt. Wykorzystali oni, to, czego Pelaśka, a może niejedna kobita na Ziemi, miała aż w nadmiarze, tzn. próżność i chęci bycia podziwianą. We śnie, który przyrządzili dla Pelaśki najeźdźcy, została królową. Ze wszystkich stron, adorowali ja dworacy, usługiwały jej rzesze sług, panny dworu przymilnie się uśmiechały, a jej małżonek, król wielkiego królestwa patrzył na nią rozmiłowanym wzrokiem i spełniał każde życzenia, nawet te, które tylko pomyślała. Wprawdzie ku swojemu zdziwieniu zauważyła, że królem jest Andrzej, sąsiad Szalonego Edka i przez krótką chwilę konkurent do jej wdzięków, ale uznała, że odmiana się przyda, zwłaszcza że jest taki szarmancki, taki męski i w ogóle taki, jak mężczyzna powinien być, czyli odgadujący myśli kobiety, spełniający życzenia, posłuszny, zaradny i dżentelmen. Oczywiście rzeczywisty Andrzej, o czym przecież Pelaśka powinna dobrze wiedzieć, taki nie był. Był po prostu jeszcze jednym, pełnym wigoru pijakiem z Dropia. Jednak fantazja snu i podstępne działania Dolusów, a może chęć bycia adorowaną i rozpieszczaną, zaciemniły jej obraz i nie miała już żadnych wątpliwości. Przyjęła sen z całym rozmachem próżności i nienasyconej miłości własnej i najazd się udał.

Jako dowód szczególnego uwielbienia przyjęła od Andrzeja ze snu, berło władzy, którego mogła użyć w każdej sytuacji zagrożenia, lub gdy po prostu chciała zarządzić nową zabawę, lub nową uroczystość na swoją cześć. Od czasu, gdy Pelaśka otrzymała berło, oglądała je wielokrotnie, co więcej było możliwe oglądanie go nawet na jawie. Wystarczyło tylko, że je przywołała, a ono usłużnie pojawiało się przed nią, świetliste, pełne drogich kamieni i w każdej chwili gotowe do użycia. Pelaśka pieściła w głowie myśli o tym jak go użyje, jakie piękne rzeczy zrobi za jego pomocą, jak zmieni ich dom w pałac, a podwórko ze świniakami i smrodliwie sikającymi kocurami w ogrody luksemburskie i jaki będzie zdziwiony, i zadowolony z tego wszystkiego Edek.

Niestety nie przypuszczała, że żadna z tych fantastycznych wizji nie zrealizuje się i użyje berła władzy w chwili największej złości, z myślą żeby wszystko zniszczyć, jako słuszny przecież koniec całej kłótni z Edkiem. Nie spodziewała się tylko, że efekt jego działania będzie tak szeroki i zniszczenie tak kompletne. Gdy ujrzała rozpadający się świat zrozumiała, że jest już za późno i że trochę przesadziła w swojej złości, bo Ziemia przestała istnieć i stała się gigantycznym zbiorowiskiem kamieni, oddalających się z olbrzymią prędkością od siebie. Do momentu, gdy jeszcze miała powietrze w płucach, gdy straszliwa próżnia nie wyszarpnęła z niej życia pożałowała gorzko swojej złości i gotowa była wszystko naprawić i odwrócić. Ale berła władzy już nie było, a perfidni Dolusowie zrealizowali cel swojego cichego najazdu na Ziemię i śmiali się z próżności, naiwności, głupoty i kłótliwości Ziemian, którzy w złości są w stanie zniszczyć swoją planetę, nawet gdy drugiej takiej nie mają.

Dolusowie postanowili zniszczyć Ziemię, ponieważ „zachodziła”. Zachodziła podczas swojego obrotu wokół Słońca na zaprojektowaną przez nich maszynę nadprzestrzenną do transportu towarów, usług i istot myślących, której jedna ze stacji znajdowała się w peryhelium Ziemi i jej praca byłaby zaburzana przez pole grawitacyjne Ziemi. Wprawdzie należało też zniszczyć Wenus i Marsa, ale to, uznali z oczywistością, będzie już łatwe po zniszczeniu Ziemi, bo wtedy każda komisja galaktyczna bez trudu zgodzi się na to, gdyż Układ Słoneczny bez życia nie będzie posiadał żadnej wartości. Może poza Słońcem, które użyje się do zasilania transportowej maszyny nadprzestrzennej. Tak myśleli Dolusowie i taki podstępny plan uknuli, i zrealizowali.

Pelaśka i Szalony Edek nie rozumieli, nawet nie mieli czasu pomyśleć, podobnie jak cała niewinna ludzkość, cała społeczność AI-ów, symbiont, ostatnia myśląca kura, leniwe delfiny i jeszcze bardziej leniwe Monstrum z Ochoty, że padli ofiarą kosmicznej zachłanności Dolusów. Tylko Edek, kątem oka, na chwilę przed śmiercią zobaczył idącego (jak mógł iść skoro nie było już dróg?, ale faktem było, że szedł) Mrocznego Sergieja. Był nieco zdziwiony i po raz pierwszy miał na twarzy grymas wściekłości. Nim zapadła ciemność Szalony Edek usłyszał jak Mroczny Sergiej mówi do siebie:

– O skurwysyny niecne! – i nie było już nic.

Potem, które jednak ku zaskoczeniu Edka nastąpiło, ocknął się przed swoim domem, w momencie, gdy miała się zacząć straszliwa w skutkach kłótnia z Pelaśką. Wszystko wokół zrobiło się jakieś takie, trwalsze na pierwszy rzut oka, dużo solidniejsze i trochę inne, dopiero w jakiś czas później miało się okazać w czym i w jaki sposób było inne. Pelaśka stała wstrząśnięta koło Edka i zamiast się kłócić, przytuliła się do niego i powiedziała:

– Nigdy więcej kłótni!

A że była charakterna, to już tak zostało na zawsze i Edek miał piękne życie, usłane różami, bez swarów i niepotrzebnych kłótni, które tylko zabierają nerwy, niszczą związki, a niekiedy planety. Edek ze swojej strony zrozumiał, że czasami trzeba kobietę wysłuchać i okazać trochę cierpliwości, bo próżność i siła niewieścia groźniejsza jest od broni atomowej.

Żyli więc Pelaśka z Szalonym Edkiem przykładnie i zdrowo, i ja tam z nimi wtedy w Dropiu byłem, i nieraz ich zobaczyłem, a zdrowy samogon z nimi piłem.

Powrót do listy opowiadań.