Opowiadania Science Fiction prosto z samego Dropia…..

To, że Mroczny Siergiej po pamiętnych wydarzeniach z pierwszego najazdu kosmitów na Ziemię stanie się sławny, było pewne. Jednak popularność, jaką uzyskał, w pozytywnym i negatywnym sensie, zaskoczyła wszystkich.

W pozytywnym sensie, bo liczba ludzi dziękujących Siergiejowi za uratowanie Ziemi była niezmierzona. Pewnie robili to z wdzięczności, dobrego tonu, a najbardziej z ciekawości, żeby zobaczyć najdzielniejszego mieszkańca Rudy Pniewnik. Zapewne niektórzy mężczyźni liczyli na lot w kosmos, inni na odpowiedź na odwieczne pytania dręczące ludzkość, lub na poznanie niebywałych kosmicznych technologii. Kobiety zaś liczyły dokładnie na to samo, stawiały tylko inaczej akcenty. Liczyły może też, że noc z Siergiejem odmieni ich życie, a on sam zostanie najlepszym kochankiem na Ziemi. Kosmicznym księciem z bajki. Jednak ich zawód był pełny. Siergiej był kompletnie nieprzystępny i musiały w zastępstwie szukać pocieszenia u mieszkańców Rudy Pniewnik. Ci hojnie udzielali swoich względów w tych szacowanych celach, czerpiąc przy tym z tego niemałą uciechę. Jednak, gdy zawiedzionych dam było już zbyt dużo, a kolejne tłumy rozczarowanych pań czaiły się u wrót Siergieja i żądały nieustannego pocieszenia po miłosnych zawodach, zamknęli krynicę seksu i z ulgą wrócili do swoich ulubionych rozrywek, tj. oglądania krajobrazu i picia dobrego bimbru.

Właśnie od tego najczęściej zaczynała zawiedziona męska publika. Od degustacji. W sąsiedztwie domu Siergieja Szalony Edek zrobił kramik ze swoimi cudownymi wyrobami. Był tam dostatek samogonu – od lekkiego, takiego prawie dziecinnego, czyli czterdziesto procentowego, polecanego na początek, do mocnego jak spirytus, zalecanego na ciężkie strapienia. Nikt z zawiedzionych nie wiedział, że Szalony Edek jest mistrzem w swoim fachu, tak pod względem produkcji, jak pod względem ilości, którą może spożyć jednorazowo. I najczęściej, jak to miastowi, którzy lekceważą wieś, karani byli za swoją pychę. Jedni lądowali na uczynnym detoksie w sąsiednim Mińsku, inni, bardziej zajadli i waleczni, po to, żeby uratować ich przed niechybną śmiercią z przepicia, byli transportowani jako bezwładne pakunki do najbliższego wielkiego miasta, czyli do pięknej stolicy. Z uwagi na to, że takich delirycznych pasażerów było sporo każdego dnia, powstała w tym celu specjalna linia autobusowa, tzw. Samogonka.

Kłębił się więc wokół domu Siergieja tłum nieprzebrany ludzi życzliwych, ciekawskich, fascynatów oraz innych desperatów wszelkiego rodzaju. Nawet zaczął się klarować jakiś kult Mrocznego Siergieja, na szczęście jednak Szalonemu Edkowi udało się go utopić w morzu samogonu – taka efemeryczna religia, która przegrała z wódą. Najgorsi byli jednak politycy, wojskowi i agenci. A nasze bratnie narody: amerykański, rosyjski i chiński uznały, że Siergiej posiada takie technologie i taką wiedzę, że ten, kto je zdobędzie, stanie się panem Ziemi, więc swoim zwyczajem rozpoczęły nieubłagany wyścig. Przodowali w nim Amerykanie.

Jako pierwsi chcieli dać poczucie bezpieczeństwa mieszkańcom Rudy Pniewnik i okolic. Oczywiście nie pytając się, czy rzeczywiście „rudczanie” potrzebują bezpieczeństwa gwarantowanego przez amerykański oręż. Uznali, pewnie słusznie, że bezpieczeństwo jest dla wszystkich najważniejszą sprawą i nie wymaga pytań, jako rzecz oczywista oraz pożądana. Tutaj jednak bratnie narody rosyjski i chiński stanęły na wysokości zadania, bo uznały, że bezpieczeństwo jest wspólną sprawą i one też chcą dać światu coś dobrego i pomogą Amerykanom w jego stanowieniu. Ostatecznie z tej przyjacielskiej kłótni wynikło tylko tyle, że cały region nie został otoczony kordonem wojskowym, a cywile mogli swobodnie szukać kosmicznej pociechy u Siergieja. Jednym słowem – kramik z samogonem Szalonego Edka na razie był uratowany.

Rzecz jasna pełno było maszyn szpiegowskich, różnego rodzaju dronów, namierzania satelitarnego oraz oficjalnych delegacji, które miały się porozumieć z Mrocznym Siergiejem i wyjaśnić jego intencje na Ziemi. Chociaż dla wszystkich mieszkańców Wólki Kobylańskiej, Rudy Pniewnik, Joanina, Dropia i Sołek było jasne, jakie ma intencje. Chłop, chociaż milczek i samotnik, serce ma dobre, broni Ziemi przed różnymi najazdami, nikomu nie wadzi i tylko z dębami gada, może jeszcze czasami z Szalonym Edkiem, jak ten już wplącze się w jakąś historię z kosmitami. Więc najlepiej zostawić go w spokoju i tylko po sąsiedzku pozdrowić. Mądrość ludowa była jednak obca sercom wojskowych, a ci, jak się na coś uprą, gotowi są zrobić koniec świata lub inne przykre rzeczy. Więc zaczęli najeżdżać Siergieja coraz bardziej obcesowo. Najpierw nasłali na niego falę dronów, na które nie zwracał zupełnie uwagi, czasem tylko co bardziej bezczelnego strącił drobnym ruchem dłoni, tak jak się strąca bezczelnego komara. Zresztą z dronami było tak, że wojskowi musieli je szybko wycofać. Dzieciaki z okolicznych wsi, jak tylko zobaczyły stada dronów, zaraz zaczęły na nie polować z proc. Początkowo uczyły się precyzji i szybkostrzelności, ale jak doszły do wprawy, to nawet najsłabszy procarz był w stanie zniszczyć ze trzydzieści na godzinę. Więc przestało się opłacać i drony zniknęły.

Wojskowi podejmowali też wiele prób porozumienia się z Mrocznym Siergiejem. Najpierw po dobroci, a później siłą. Chociaż u wojskowych rozmowa po dobroci niewiele się różniła od rozmowy na siłę; cóż – nie uczono ich kurtuazji, dobrego tonu i tego, że ktoś może nie mieć ochoty z nimi gadać. Więc każdego dnia na plac Siergieja próbowało wleźć kilkudziesięciu wojaków przekonanych, że Siergiej musi odpowiadać na ich pytania i mieć dla nich czas. Kończyło się to zawsze podobnie: dochodzili do linii dębów, a gdy próbowali pójść dalej, napotykali opór. Początkowo mały, stopniowo coraz większy, aż wreszcie nie mogli się dalej w żaden sposób poruszać. Tak samo było z każdej strony placu, od góry, z dołu i ze wszystkich boków. Ci wojskowi w ogóle traktowali Siergieja dosyć protekcjonalnie i sądzili, że mogą go przesłuchiwać, zadawać pytania, kiedy chcą, a Siergiej ma posłusznie odpowiadać. Próbowali więc pytać go, co robi na Ziemi, skąd pochodzi, jakie ma zamiary, czy chce się przenieść w jakieś ciekawsze miejsce niż Ruda Pniewnik i tu proponowali różne bazy wojskowe. Pytali również, czy jest w stanie zademonstrować swoją technologię i ostatecznie w ogóle dali mu czas do następnego dnia do południa, żeby się podporządkował ich woli. Wszystkie te pytania były głupie, bo przecież każde dziecko w Wólce Kobylańskiej znało na nie odpowiedzi i każdy przecież wiedział, że Siergiej był po to, żeby chronić Ziemię, swoją technologię już demonstrował, a ci, którym dał pokaz swoich możliwości, albo sromotnie uciekali, jeśli byli rozsądni, lub (w opcji dla nierozsądnych) otrzymywali staranne i ostateczne nieistnienie. Więc w Wólce, w Rudzie Pniewnik, w sąsiednim Joaninie, a szczególnie w Dropiu, a nawet w Sołkach śmiali się z naiwności wojskowych, którzy może znali się na tym, jak niszczyć miasta, ale kompletnie się nie rozumieli na Siergieju i dobrych obyczajach. A zwłaszcza głupie było stawianie mu jakiegoś ultimatum i straszenie go. To tak, jakby wściekły chomik Martina Samogonki postanowił ruszyć na podbój stolicy, a wcześniej postawił żądanie, żeby miasto mu się poddało po dobroci przed zachodem słońca. To prawda, że chomik Martina miał bardzo krewki charakter, ale jednak był przymały na takie podboje. A w przypadku wojskowych ich siła, w porównaniu do Siergieja, pewnie była sporo mniejsza niż zdolność chomika do podbicia stolicy. Ale niewiedza czasami zaślepia. Po prostu Siergiej wyglądał jak zwykły człowiek, ot taki zwykły rolnik z Rudy Pniewnik.

Więc do tej ostatecznej konfrontacji sił ziemskich z Siergiejem doszło parę godzin po południu. Dużo wcześniej już było wiadomo, że coś się wydarzy, bo wyrzucono wszystkich cywili z okolicy, a w pobliskich lasach pełno było żołnierzy, głównie obcych, tj. bratnich: amerykańskich, rosyjskich, chińskich, oraz trochę polskich. Ot taka wspólna operacja pomocowa.

Wszędzie czaiły się helikoptery ze swoimi długimi ryjami wycelowanymi w posesję Siergieja, w powietrzu unosiły się też szybkie myśliwce, wróciły nawet drony, widać przestały się obawiać lokalnych procarzy, a w bezpośrednim sąsiedztwie placu pełno było komandosów i snajperów celujących nieustannie w Siergieja.

– Chcą zabić chłopa! – powiedział Szalony Edek i poszedł ostrzec Siergieja. Ale jak tylko zdążył powiedzieć pierwszych parę słów, to z miejsca został zagarnięty przez tajniaków i zaraz postawiono mu zarzuty naruszania porządku publicznego, przy okazji też nielegalnej produkcji bimbru i niedozwolonego handlu wyrobami alkoholowymi. Za to pierwsze nic specjalnego mu nie groziło, może z pięć lat więzienia, za pozostałe przestępstwa wyrok miał być naprawdę srogi, bo godziło to w przychody państwa.

Jak Szalony Edek dostał się aż do posesji Siergieja? W najprostszy sposób: tupetem alkoholowym. Przez ostatnie dni tyle pił z miastowymi, których w tym wielkim boju poległo z ręki Edka coś z dwustu, a może nawet z trzystu, że i jego samego trochę zmogło, a że zapomniał odstawić ssuwakki do domu, to rozkoszna nietrzeźwość trzymała go przez parę dni. A jak wiemy, w takich stanach człowiek podejmuje się rzeczy wielkich oraz doniosłych i właśnie niesiony falą zuchwałości miał poczucie bycia niezwyciężonym, całkiem jak wspomniany już wcześniej chomik jego wielkiego druha Martina Samogonki. Zresztą obydwaj mieli skończyć tak samo. Nasz bohater w więzieniu, a chomik w klatce, co na jedno przecież wychodzi.

Dzięki temu, że Edek znalazł się w samym centrum wydarzeń, trzymany przez bezlitośnie trzeźwych tajniaków, widział wszystko, co się działo na posesji Siergieja, a to, co widział, to wszystkim opowiedział.

O 14.15, gdy Siergiej zlekceważył trzecie i zarazem finalne ostrzeżenie, rozpoczęła się akcja ziemskich wojsk, mająca na celu obezwładnienie, pojmanie oraz przewiezienie Mrocznego Siergieja do bezpiecznej bazy, w której nareszcie mógłby szczerze zeznawać, po co przyjechał na Ziemię i gdzie mógłby nareszcie dzielić się tajnikami swojej technologii z życzliwymi Ziemianami. Akcja rozpoczęła się w momencie, gdy stał na skraju posesji i rozmawiał z dębami, tzn. potem okazało się, że z nimi rozmawiał, bo dla patrzącego z boku wyglądało to tak, jakby tylko gładził korę dębu uśmiechając się przy tym. Podobno rozmawiali o wielce ciekawych rzeczach, tj. o chtonii, warzegli i miłośnieniu finalnym, o czym można było się dowiedzieć z interesującej książki profesora Kul’awego, przedstawiającej garść faktów z życia i zainteresowań Siergieja. Książka ta została jednak wydana dużo później, niż miał miejsce pożałowania godny incydent z wojskowymi.

Swoją akcję dzielni wojacy zaczęli od wstrzyknięcia Siergiejowi neurotoksyny wystrzelonej przez snajperów. Sekundę później wskoczyli komandosi, żeby go obezwładnić, pojmać i bezwolnego przewieźć do wojskowego kurortu marzeń. Ku ich pewnemu zdziwieniu Siergiej nawet nie przerwał głaskania dębów, czyli rozmowy. Powiedział tylko:

– Nie przeszkadzać, kurwa! – I zdziwieni wojacy znaleźli się dziesięć kilometrów od Rudy Pniewnik. Jak się potem okazało, była to nieprzypadkowa odległość, a sławna wypowiedź Mrocznego Siergieja, była analizowana na wiele sposobów przez niezwykle uczonych lingwistów. Była wypowiedziana w klasycznym subgalaktycznym, tak, że nawet ryby w pobliskiej rzece, dwie wiewiórki na dębie, osiem przelatujących nieopodal ptaków, trochę mrówek oraz innych owadów zrozumiało, że Siergiej rekomenduje pozostawienie go w spokoju. Wojacy też to zrozumieli, ale czy by się zastosowali? Pewnie, jak to oni, nie. Zatem chyba dla większej jasności Siergiej w promieniu 10 kilometrów od centrum, które stanowiła jego chałupa, zrobił strefę zdemilitaryzowaną. Wszystkie machiny wojenne Ziemian, wszyscy dzielni wojacy, wszystkie sprzęty szpiegowskie znalazły się poza tym obszarem. Nie mógł do niego wejść żaden wojskowy, żaden tajniak, żaden polityk ani inna jednostka, której intencje były przynajmniej nieprzyjazne. Nawet część mieszkańców wspaniałych okolicznych wsi wyrzuciło na zewnątrz i już do końca swoich smutnych dni musieli się tułać jak bezpańskie psy, a przecież zawsze mogli zmienić swoje intencje i poprawić się.

Szalonego Edka, ku jego radości, sfera zostawiła w środku, bo on sam – ze swoimi prostymi namiętnościami i pasjami życiowymi – był człowiekiem bez skazy, jak przystało na porządnego pijaka i mistrza samogonu. Mógł więc dalej oddawać się swoim radościom, czyli pić, produkować księżycówkę i spijać ją w towarzystwie dzielnego druha Martina Samogonki.

I tak właśnie powstały Wolne Stany Dropia, gdzie ludzie o czystych sercach i pijanych głowach mogli żyć po swojemu oraz produkować i sprzedawać tyle bimbru, ile tylko chcieli.

 

Powrót do listy opowiadań.