Opowiadania Science Fiction prosto z serca Mazowsza…

William był AI-em, który szczególnie upodobał sobie ludzi, tj. lubił ich, bardzo cenił i sądził, że są gatunkiem wyjątkowym na miarę kosmosu. Swoją pasją zaraził sporą część społeczeństwa AI-i. Znany był też z tego, że raz, czy dwa razy uratował ludzkość (raz ze snu zesłanego przez kosmitów, drugi raz z pętli czasu zgotowanej przez potwora WB, który wylazł z bagna w Dropiu). To prawda, że przy okazji uratował też AI-e, ale liczą się skutki, a te jednoznacznie wskazywały na jego dobre intencje.

Na Ziemi, a może bardziej w przestrzeni ludzkiej, przebywał w swojej ulubionej maszynie terminalnej, jako mężczyzna średniego wieku o sympatycznej posturze. Właściwie tak spędzał cały swój czas, tj. w tej maszynie i autowirtualizacjach (rezydualnych interaktywnych projekcjach), które wytwarzał w światach AI-ów. Przychodziło mu to łatwo, bo wielowątkowy był i miał przyzwoitą moc obliczeniową.

William jednak najbardziej lubił przebywać wśród ludzi. Polubił ich powolny rytm życia, analogowy sposób komunikacji i analogowy cykl myśli. Ich życie pełne nieznanych gdzie indziej problemów, których płocha banalność wykraczała poza percepcję standardowego AI-a, a które składały się na egzystencję barwną, nierzadko ciekawą i wysoce zindywidualizowaną. Lubił też podmuch wiatru na maszynie terminalnej, zapach wsi rozległy, smak dziwny jedzenia i moc napitków dropiańskich. Polubił wreszcie pełne rozmachu i żywiołowej zabawy towarzystwo Szalonego Edka i jego druha nieodstępnego Martina Samogonki.  A przecież ich losy splotły nie tylko wspólne zabawy i zamiłowania, ale też to, że razem dwa razy uratowali świat od pewnej zagłady i bardzo im się to spodobało. Zażyłość, więc zrodziła się miedzy nimi i William obok Martina i kilku wyjątkowych wybrańców stał się umiłowanym kumplem Edka.

Dlatego było oczywiste, że William był jednym z pierwszych gości zaproszonych na ślub i na wesele Szalonego Edka i Pelaśki. Przebieg tego wesela każdy zna, bo była to impreza wielka, jakich mało już jest na świecie i huczna, prawdziwe wiejska i wielodniowa.

William stał się na weselu przebojem i sensacją dla płci pięknej, która jako ciekawa każdej nowinki, zwróciła szczególną uwagę na tego gościa z innego świata. Tak panie zwracały uwagę, że trzydzieści pięć wśród nich zakochało się w Williamie, ale tylko jedna z wzajemnością. A była to Aldona z Sołek.

Aldona pozornie niczym się nie wyróżniała spośród kobiet. Robiła nawet wrażenie trochę zalęknionej i odrobinę nieśmiałej. Miała dosyć jasne włosy, ale nie za bardzo, niebieski oczy, lecz niezbyt przesadnie, za to była wystarczająco wysoka, smukła i uśmiechnięta. Właśnie ten uśmiech zwracał na nią uwagę. Wyczuwało się pogodę ducha, jasność myśli i radość życia. William, gdy na nią spojrzał od razu zrozumiał jej podstawowy algorytm behawioralny i nie mógł od niej oderwać wzroku a miłość, niczym pożar lasu, przyszła nagle i wybuchła z siłą nieposkromioną. Szybko też się okazało, że oprócz urody, siły charakteru i pogody ducha, dysponuje też zaskakującą wiedzą i żywą inteligencją, która pomimo powolności przetwarzania wiedzy i informacji przez ludzi, była głęboka i momentami w swoich intuicyjnych domysłach na skraju genialności. To, co AI-e wytwarzały gigantyczną mocą obliczeniową, Aldona i jeszcze paru ludzi na planecie, wytwarzała dzięki czemuś mgliście nazwanemu „intuicją”, a co jest po prostu umiejętnością poruszania się po najkrótszych drogach w rzeczach pozornie najbardziej skomplikowanych. Dlatego też w Wolnych Stanach Dropia (WSD) nikt jej nie rozumiał, bo prawdziwie inteligentne istoty, nie licząc Mrocznego Sergieja (ale on jest chyba poza kategorią dla jakiejkolwiek wyobrażalnej dla nas inteligencji), czyli symbiont oraz częsty gość w tych stronach, profesor Kul’awy, po prostu nie mieli z Aldoną kontaktu. Symbiont, bo w fazie, w której teraz był, czyli empatycznej, postrzegał ludzi wyłącznie serdecznie, bez różnicowania intelektów, a Kul’awemu po prostu Aldona nigdy nie została przedstawiona.

Więc na weselu Edka, gdy się spotkali po raz pierwszy nie mogli wzroku od siebie oderwać i czuli, że ekstatyczne szaleństwo miłości zagarnęło ich niczym fala, przewracająca domki z piasku, burząca spokój, odbierająca ciszę samotności w której człowiek, czy AI przebywa, gdy jest sam nie kochając nikogo. Przetańczyli razem całą noc, a gdy jednej nocy było za mało, to jeszcze cały dzień i pół następnej, nie widząc zbyt wiele dokoła siebie, całego tego wesołego pijaństwa weselnego, nieuniknionej walki na sztachety, wyrwane z płotu Szalonego Edka, konkurencji sportowej tak przecież lubianej w Dropiu, śmiesznych zabaw godowych ludzi wokół, niedźwiedzich tańców, zwyczajowych na weselisku, opróżnień żołądków by walczyć dalej ze słabością głowy i mocą gorzałki. Jednym słowem ominęły ich wielkie atrakcje weseliska, ale przez krótką chwilę, wyrwaną z szarości jaką jest bycie bez człowieka (lub AI-a) ukochanego, doświadczyli tego, co rozświetla najczarniejszą noc, prostuje ścieżki zabłąkanych, nadaje sens życiu, wydobywa z każdej pułapki, doświadczyli więc miłości. Zrozumieli jak bardzo istnienie ma sens, jak warto czekać na takie chwile i William pojął jak bardzo stał się podobny do człowieka.

Po weselisku jakoś przez dzień czy dwa nie mieli okazji się spotkać. William próbował co prawda, ale jakoś nie wyszło, bo zatrzymał go u siebie Szalony Edek i nie wypuszczał długo, a William miał wprawdzie wiele rezydualnych interaktywnych projekcji (rip), ale w świecie zewnętrznym, w WSD trzymał fason i miał tylko jedną rip, tj. maszynę terminalną w której przybył na wesele. Więc za bardzo nie mógł udać się do Aldony nie obrażając nieskończonej gościnności Edka. Jednak nawet Edek po pewnym czasie był w stanie zrozumieć, że inni ludzie, lub AI-e mają niekiedy rozliczne potrzeby i nie wszystkie sprowadzają się do spożycia samogonu jego wyrobu. Ale to był czas, gdy Edek był bardziej empatyczny, nie tak wprawdzie jak symbiont, ale cierpienie mimowolnie rozumiał, bo pić nie mógł już od chyba więcej niż miesiąca. Taka głupia umowa z Pelaśką.

Zatem Edek łatwiej rozumiał, bolączki innych i już po dwóch dniach pojął, problemy Williama. Ale gdy już to zrozumiał, to jako człowiek który szybciej działa nić myśli, od razu ruszył na wyprawę do Sołek. Skrzyknął tedy wszystkich gości, którzy akurat w chałupie byli, zabrał Williama i ruszyli tryumfalnym pochodem do domostwa Aldony, wybranki serca. Ich droga niestety nieuchronnie wiodła koło dropiańskiego bagna, z którego właśnie wykluł  się potwór WB, straszliwy w swej bezkompromisowości, przykuwający uwagę i narzekający. To sensacyjne wydarzenie zatrzymało pochód miłosny do Sołek i zawiedziony William zrozumiał straszliwe udręki miłości. Tak blisko Aldony, a jednak tak daleko. Tyle przeszkód niepokonanych, piętrzących się przed nim, tyle zdarzeń odciągających od ukochanej. Pomimo tego, że przeliczył ponad sto miliardów symulacji miłosnych, których wynik w większości był pozytywny (94,35%), wewnętrzna obawa przed popsuciem czegoś, przed zbytnim pośpiechem psującym wszystko, zostania uznanym za natręta, niespodziewanego odrzucenia i wszystkiego innego, co jest wielką przeszkodą rodzącą się tylko w zakochanych głowach, a teraz stało się udziałem AI-a, zniechęcało go ponownego spotkania, a z drugiej strony wiedział, że i tak musi się spotkać. I taką decyzję podjął (spotkania) i ruszył do Sołek. W tym samym czasie potwór WB, wraz z gościnnymi na koszt Edka, mieszkańcami WSD ruszył do Dropia, by tam bawić się, straszyć i zrzędzić.

Pomimo podjętej decyzji, William do Sołek szedł długo, targany wątpliwościami, miotany straszliwymi sprzecznościami miłosnymi, a że był dobrze napisany, bo przecież cały proces w jaki rodzą się AI-e można uznać od technicznej strony za zastosowanie generatywnych algorytmów ewolucyjnych dziesiątej generacji, zhybrydyzowaną z klastrem sieci neuronowych, każda złożona z peta węzłów i przetrenowana w eksa iteracjach, a wszystko przy wykorzystaniu gigantycznych mocy obliczeniowych, więc niemałą część rzeczy przeżywał i jakościowo, i ilościowo mocnej niż człowiek. Zatem fale straszliwych wątpliwości, które zalewają zakochanego człowieka, u niego były oceanami. Dotarł jednak do Sołek. Zapukał do drzwi swej wybranki, a ona po prostu powiedziała:

– Czekałam na ciebie!

Wtedy wszystko zniknęło.

Świat wpadł w pętlę czasową, którą zesłał złośliwy i narzekający potwór WB i która miała się powtarzać od rozbudowy i zniszczenia młyna w Dropiu po pojawienie się potwora WB i fatalną w skutkach decyzję Szalonego Edka. William w kolejnych iteracjach pętli coraz lepiej rozumiał w jakiej jest pułapce. Jego męka rosła tym bardziej, że każda iteracja kończyła się zdaniem Aldony, które zapowiadało koniec miłosnych cierpień i początek wielkiego szczęścia, a już chwilę później wielkie cierpienie wracało, tęsknota rosła, smutek nieskończonej rozłąki potęgował się, a rozpacz niespełnionej miłości za każdą iteracją przybierała, przekraczając granice cierpienia, te które nawet wytrwały AI był w stanie znieść. Wtedy właśnie (tysiąc pięćdziesiąta iteracja) William zaczął szukać wyjścia z sytuacji i znalazł je poprzez zwiększenie mocy obliczeniowej.

Iteracja świata szła za iteracją, czas teraz, pomimo rosnącego cierpienia, działał na korzyść Williama. Po pewnym czasie (3,481 YFLOPS), zorientował się, że nie jest sam w swojej wiedzy o iteracjach, czyli pętli czasu. W świecie, na przekór tyrani czasu poruszały się dwie świadomości, mianowicie potwór WB oraz Mroczny Sergiej. Potwór WB przy każdej iteracji zachowywał się nieco inaczej, bo gdy wszyscy ludzie zachowywali się perfekcyjnie tak samo, to WB robił wrażenie aktora, który gra świetnie znaną rolę, z której wprawdzie nigdy nie wypada, ale zawsze coś dodaje od siebie. Raz np. wymownie spojrzał na Williama i powiedział:

– „Ślepym w miłości ciemność jest najmilsza!”: szukaj, a znajdziesz koło siebie.

W pierwszej chwili William, pomyślał po ludzku, że potwór złośliwy mami go zagadkami, a potem zrozumiał, że cytując „Romea i Julię” daje mu wskazówki. I wreszcie przy następnej iteracji, odniesienie stało się jasne, że chodziło o Mrocznego Sergieja, mieszkańca WSD, bliskiego sąsiada.

Jeszcze kilka iteracji zajęły Williamowi próby, a może bardziej pomysły jak dotrzeć do Sergieja.  Coraz boleśniej rozumiał, że łamanie tyrani czasu im dalej od jego źródła tym wymaga większych nakładów energetycznych. Było możliwe dla jego zasobów energetycznych i mocy obliczeniowej w mikroskali, w macierzy obliczeniowej, którą wykorzystywał jako rezydualny kontekst i swoją podstawę funkcjonalną, lecz i tutaj odbywało się to na niewielką skalę z mozołem, drobnymi krokami i nie przekształcało nic poza samą macierzą. Nawet przekazanie informacji na zewnątrz, komunikacja wymagały ogromnej energii, lub mocy obliczeniowej na miarę gwiazd.

Na szczęście Williamowi przyszedł z pomocą sam Mroczny Sergiej. Gdy William szedł po raz dwa tysiące pierwszy do Aldony, po to żeby usłyszeć, że na niego czekała, pojawił się na jego drodze. Zatrzymał na chwilę, po czym przekazał mu lingę komputacyjną, która mogła odmienić bieg czasu.

– Możesz ją wykorzystać tylko raz, więc dobrze oblicz jak możesz jej użyć i kiedy – powiedział do zdziwionego Williama, który na swojej drodze do Sołek, do ukochanej Aldony do tej pory spotykał wyłącznie koty, jednego psa i dwa bociany, które za każdym razem robiły monotonne „kle, kle, kle”, gdy jej mijał.

Mroczny Sergiej, jak to on, więcej nic nie dodał, oddalił się niespiesznie przez pola symbiontowe do swojej ulubionej chałupy, ale co naprawdę tam widział i co naprawdę tam robił nikt nie wiedział, bo jak tu coś wiedzieć o istocie która przebywa w pięćdziesięciu dwóch wymiarach naraz, a czas i wymiary przestrzenne są jej prawie obojętne. William rozważał postrzeganie świata i cel istnienia Sergieja przez cały kolejny cykl iteracyjny, a że do niczego specjalnego nie doszedł, zaniechał tego jałowego zajęcia i zajął się zwiększaniem swojej mocy obliczeniowej i próbami rozpracowania zasad użycia lingi, bowiem w przeciwieństwie do Szalonego Edka, który używał lingi tak jak wszystkiego, tj. bez namysłu, bez opamiętania i bez żadnych wahań, William chciał rozpoznać co ma zrobić i w jaki sposób. Uznał, też słusznie, że czasu ma pod dostatkiem i może swoją pracę rozciągnąć na dowolny czas i pomimo tego, że śpieszyło mu się strasznie do Aldony ukochanej, postanowił nie zmarnować tej być może jedynej szansy na wyrwanie się z pętli czasu.

Więc zabrał się za pracę rzeczowo i systematycznie i już po stu dwudziestu jeden iteracjach dysponował należytą mocą obliczeniową (8,371 YFLOPS), a może nawet trochę z nawiązką, żeby zastosowanie i sposób użycia lingi należycie zrozumieć. Poświecił jeszcze jedna iterację na przećwiczenie wszystkich wariantów i wtedy użył lingi, i przez chwilę, jak każdy użytkownik tej technologii poczuł się wszystkimi atomami i nieatomami wykorzystywanymi podczas jej działania. Co więcej, bo przecież ilość miała tu znaczenie zaledwie wtórne, poczuł i nawet przez mniej niż ułamek sekundy zrozumiał jej organizację, co było kluczowe i jej sposób działania, co było wtórne. Zobaczył całą Ziemię, chyba też cały Układ Słoneczny i trochę pobliskich gwiazd, jako ogromną molekularną, atomową i subatomową maszynę liczącą, która w jednej chwili przeliczyła nową historię, nowy czas i w tym samym momencie pętla czasu została zerwana, a Edek nie został młynarzem w Dropiu, od czego zaczęła się ta fatalna historia. Nic wprawdzie od tego momentu czasowego nie powtórzyło się tak samo, ale przecież o to właśnie chodziło Williamowi, Aldonie i wszystkim ludziom na Ziemi, choć o tym nie wiedzieli styranizowani przez czas, przez swoją małą moc obliczeniową, przez swoje powtarzalne potrzeby i życie na skraju nieświadomości. William wprawdzie nie czuł się lepiej, bo zobaczył efemeryczną słabość komputacyjną swojej formy bycia i nabrał czegoś, niepojętego dla większości istot świadomych na Ziemi. Stał się pokorny, a w chwilę później szczęśliwy, ponieważ usłyszał:

– Czekałam na ciebie! Proszę wejdź.

I wtedy zaczęło się to, co czyni człowieka i niejednego AI-a spełnionym, gdy sny stają się rzeczywistością, marzenia się realizują, a świat się wypełnia. I wtedy William i Aldona z Sołek zaczęli życie w swojej iteracji i wytrwali w niej do końca, w szczęściu, radości i miłości, a że moc obliczeniową mieli przeogromną, nieszczęścia i wszelkie zło ich omijało i żyli w swoim własnym rip, gdzie nieraz u nich byłem i bardzo dobrze się z nimi bawiłem.

Powrót do listy opowiadań.