Opowiadania Science Fiction prosto z serca Mazowsza…

Ted i maszyna molekularna.

W życiu Szalonego Edka i jego druha dzielnego, Martina Samogonki, niewiele się zmieniło po tym jak ostatnio uratowali Ziemię. Pili tęgo, z rzadka tylko przerywali, spotkań mieli dużo, a nieprzebrany rój gości przetaczał się przez chałupę Edka. Może tylko teraz nigdy nie trzeźwieli, jak zresztą nikt na planecie kto tylko chciał pozostać sobą. Teraz już wreszcie byli bezdyskusyjnymi bohaterami, zbawcami ludzkości i innych świadomych form życia na Ziemi. Byli też powszechnie uwielbiani. Ociekając sławą, pijąc i biesiadując mijał im czas w beztrosce. Początkowo uczty z chałupy Edka były transmitowane na cały świat, ale potem znudziło się to Edkowi, bo prywatności trochę chciał, a także znudziło się oglądającym, ponieważ spotkania u Szalonego Edka miały ograniczony repertuar tematów i dwa typowe zakończenia. Kończyły się najczęściej albo powszechnym śpiewaniem rzewnych piosenek, albo uroczą bijatyką na sztachety. Każdą z tych rzeczy Edek nadzwyczajnie lubił, więc również nie stronił od nich. Narzekał tylko, że często musi płot naprawiać i gitarę stroić.

Te biesiady u Edka ciągnęły się tygodniami i zawsze znajdowały wielu miłośników spragnionych towarzystwa bohatera i zabawy do białego rana. Jednak pewnego dnia Szalony Edek zrozumiał, że koniec jest bliski.

Tego smutnego dnia dokonał wielkiej inwentaryzacji cystern, baniek i konewek z boską księżycówką i z przerażeniem stwierdził, że wielkie zapasy są na wyczerpaniu. Pomimo tego, że stawiał takie ilości zacieru na nowy samogon, że zasoby całych Wolnych Stanów Dropia ( WSD ) były wykorzystane na maksimum swoich możliwości, popyt był dużo większy niż możliwa podaż. Gdy Edek to pojął, siadł ciężko na środku podwórka i zapłakał gorzko. Czas beztroski minął, nadchodził czas rozpaczy.

– Nie martw się Edek – nagle koło Edka zadudnił potężny bas – wszystko będzie dobrze. Jest sposób żeby się wyratować!

Szalony Edek rozejrzał się czujnie, bo spodziewał się bardziej kawału ze strony dobrego druha Martina Samogonki, niż prawdziwej pomocy. Nie znalazł jednak kawalarza. Po chwili głos powtórzył:

– Jest wyjście z tej sytuacji.

– Pokaż się – powiedział Edek.

– To ja, twój traktor – odpowiedział traktor.

– Nie, kurwa, znowu! – i Edkowi od razu przypomniało się jak kiedyś traktor ( i nie tylko on ) uzyskał świadomość i jakie z tego straszne problemy wynikły i dla Edka, i dla świata.

– Tego tylko brakuje, gdy mamy takie kłopoty z samogonem, żeby się jeszcze wszystkie maszyny, krowy i inne takie zwierzaki znowu zbuntowały! – zauważył cierpko.

– Tylko ja zrobiłem się świadomy i o ile mi wiadomo nikt więcej… Tak w ogóle, to nazywam się Ted.

I traktor Ted opowiedział swoją historię. A zaczęła się ona wtedy, gdy pojazd z planety Koch wylądował na podwórku Edka. Zniszczył wtedy doszczętnie masę rzeczy, w tym właśnie traktor, wygódkę, trzy domy i płot. Z traktora zostały wtedy marne szczątki, ale dzięki wytrwałej i systematycznej pracy Szalonego Edka udało się przywrócić go do działania. Dostał nowe świecące koła, wspaniałą chromowaną karoserię, piękne wielkie szyby, trochę więcej mocy i zupełnie odnowiony silnik. Szalony Edek cenił swój ciągnik bardzo i jeśli nie biesiadował akurat, lub nie czynił posług małżeńskich, to zajmował się upiększaniem swojej ulubionego maszyny.

Świadomość Teda pojawiła się przypadkowo, na tyle oczywiście na ile świadomość może pojawić się przez przypadek. Otóż, gdy Pelaśka przegnała ze swojego podwórka galaretowatego przybysza z planety Koch, jego małe drobinki zaplątały się w zniszczony ciągnik. Jako, że przybysz z Koch uciekał w dużym popłochu przed pomstą i wałkiem Pelaśki, nie zdążył już wciągnąć całego siebie na pokład statku. To, co z niego zostało złączyło się z ciągnikiem i tak już zostało, a po wielu, wielu wysiłkach i długim czasie stało się świadome. Tak powstał traktor Ted. Podobnie jak mieszkańcy planety Koch był bardzo życzliwy, wszystkim chętnie pomagał i co jest rzadkością na miarę galaktyki, tak samo jak oni, był w tym zupełnie bezinteresowny. Taki to był traktor.

Ted wyjaśnił Szalonemu Edkowi, że widzi rozwiązania jego problemów z alkoholem, rzecz jasna nie przez abstynencję, bo ta byłaby zbyt groźna, ale przez całkowicie nowy sposób jego produkcji. Do tego potrzebuje paru mądrych głów, tj. Williama oraz profesora Kul’awego. Edek był trochę sceptycznie nastawiony do możliwości dobrej produkcji księżycówki przez kogoś innego niż on sam i zauważył pogodnie:

– A co ty traktor chcesz, kurwa narobić. Samogon smakowy jest tylko jeden i tylko mój. Nikt mi nie będzie konkurencji robił!

– A za ile dni zabraknie ci napitku? Co wtedy zrobisz? – przytomnie zauważył traktor.

Edek zamyślił się. Ciężko policzył. Pozastanawiał się jeszcze z pięć minut, bo jak każdy na Ziemi był zamroczony alkoholem i doszedł wreszcie do wniosku, że na normalne picie starczy mu zapasów na może trzy, cztery dni. Na bardzo oszczędne może na tydzień. Przed tą drugą wizją wzdrygnął się z obrzydzeniem i uznał, że trzeba pójść na współpracę traktorem, czyli skorzystać z jego pomocy.

– Co chcesz zrobić traktor? Gadaj.

– To nic trudnego. Musimy zebrać się we trzech z Williamem oraz profesorem Kul’awym i zrobić nanoassembler. Wiadomo już przecież od dziesiątków lat z doktoratu Drexlera na MIT, że jest możliwa mechanosynteza, czyli zrobienie molekularnych systemów do syntezy chemicznej maszyn w skali nano, czyli na poziomie 10-9m. Trzeba tylko uwzględnić kwantową niepewność położenie oraz wzbudzenia termicznego, skutki rozpraszania akustycznego i lepkość fononową materii oraz musimy mieć dobry kod źródłowy opisujący…

– Traktor, co ty do mnie pierdolisz?! – z narastającą irytacją powiedział Edek, który nic nie zrozumiał z tego, co Ted powiedział – mam cię rozmontować i sprawdzić, czy wszystkie śrubki pasują? – i Edek żeby pokazać swoją stanowczość pociągnął ogromny łyk z nieodstępnej flaszy.

– Uspokój się Edziu. Zrobimy taką maszynkę, nanoassembler, co to będzie pyszny samogon robiła. Wezwij tylko Williama i Kul’awego.

Cóż było robić. Edek uznał, że może przynajmniej tamci coś zrozumieją, a chciał się też pochwalić swoim traktorem, że nie tylko piękny jest, ale niebywale rozumny.

William i profesor Kul’awy przybyli wreszcie, należycie pijani, ale tak żeby zachować pewną jasność myśli i trochę świadomości ( AI-e, podobnie jak ludzie też musiały pić, więc William, który chociaż używał nieprzerwanie swej maszynie terminalnej, co robił dla swojej ukochanej, Aldony z Sołek, też ciągle pił; a jak i co AI-e piły, to już zupełnie inna historia, na inny dzień i inną porę). Gdy tylko Ted wytłumaczył im o co chodzi w mig zrozumieli i szybko zaczęli działać. Profesor podpiął do wirtualnego świata AI-ów przez swoją rezydualną interaktywną projekcją (rip), po to żeby należycie zwiększyć swoje moce obliczeniowe i zaczęła się ciężka praca. Szybko określili za pomocą analizy chemicznej na czym polega czar smaku sławnej księżycówki Szalonego Edka, która oprócz etanolu w bardzo dużej ilości, co zrozumiałe, była kolażem brudów i mętów ze źle przefiltrowanych śmieci organicznych, głównie ze starych owoców. Sprawnie określili pełny skład unikalnej receptury Edka i zgodnie stwierdzili, że każdy składnik oddzielnie jest prawie trucizną i świństwem, ale dopiero jako unikalna całość nabiera swego boskiego charakteru. Popracowali jeszcze trochę, Ted dużo pomagał czyniąc mądre i merytoryczne uwagi, jeszcze tylko Edek zdążył poprosić żeby trzymali w tajemnicy jego recepturę i już powstał nanoassembler.

– Napisałem uniwersalny kod źródłowy – powiedział William – wystarczy zmienić tylko recepturę z alkoholu Edka na dowolną inną rzecz i można produkować wszystko.

– Tu wlewasz wodę, a tu podajesz węgiel, potas, magnes, fosfor, wapń, sód, żelazo i cynk. Tu masz ogniwo zasilające maszynę, musisz je ładować raz na trzydzieści dni, ale to tylko przy ciągłym jej działaniu – zauważył profesor Kul’awy.

Edek z ciekawością uruchomił nanoassembler, który był zrobiony ze starego koryta dla świń, dwóch garnków, beczki na deszczułkę i starej balii do prania Pelaśki. Przez pierwsze, długie minuty nic się nie działo, tylko ziemia wokół nanoassemblera drżała. A potem zaczęło się święto. Z maszyny popłynął niepowstrzymany strumień najlepszej księżycówki. Edek jako pierwszy posmakował. Wypił jedną szklaneczkę, potem drugą, a gdy miał wypić trzecią powiedział z niechęcią, bo przecież na niewielką chwilę musiał przerwać picie, powiedział:

– Nieodparta!

Kiedy i gdzie Edek nauczył się tego słowa, nie wiedział nikt. Niektórzy przypuszczają, że było to ukulturalniające działanie traktora Teda, inni że nowa, smakowita księżycówka wyzwoliła w nim finezję i niebanalność. W każdym razie WSD dzięki Tedowi było uratowane: nanoassembler nieprzerwanie produkował samogon, wielki festyn i biesiada trwały, a groźna trzeźwość i utrata świadomości przestały w Dropiu zagrażać.