Opowiadania Science Fiction prosto z samego Dropia…..

Odkąd symbiont zastąpił drzewa w Wolnych Stanach Dropia (WSD) i zresztą na całej Ziemi, imprezy u Szalonego Edka nabrały arkadyjskiego charakteru. Działo się tak za sprawą niesłychanej elastyczności i miękkości symbionta, które zachęcały do wygodnego rozłożenia się na nim i zażywania uciech nieograniczonej piwniczki Edka. Leżąc na delikatnym i usłużnie kojącym symbioncie można było spędzać czas, skupiając się na rzeczach ważnych. A w Dropiu i całych WSD ważne było picie, odpoczynek oraz to, żeby odeprzeć kolejną inwazję kosmitów lub przynajmniej wesprzeć Siergieja w jego kosmicznych bojach. Jednak po ostatniej inwazji filofagów, tak udatnie odpartej, jakoś nikt nie kwapił się do najeżdżania Ziemi. Zapanował więc spokój, błogi nastrój, jednym słowem – właśnie arkadyjska sielanka.

Szalony Edek uznał, że tym razem nie będzie prosił Siergieja o żadne dodatkowe atrakcje i spokój wystarczy. Po co kusić licho, jak ostatnim razem, gdy broniąc się przed Maiorami antygrawitacyjną lingą zniszczył to i owo na Ziemi, a że jakoś nikt nie rozumiał, że to w obronie Ziemi się działo, tylko odszkodowań ludzie chcieli. Na nic się zdała propozycja, że Edek zapłaci rachunki w samogonie i jeszcze lepiej w symbiontówce (bo z symbionta też wódkę przecież robił). Nikt nie chciał takiej monety, bo dla miastowych za mocna była i paliła nienawykłe gardła. Z drugiej strony też żaden wierzyciel nie odwiedzał Edka w jego chałupie w Dropiu. Pewnie chciałby odwiedzić, ale do Dropia i w ogóle do WSD mógł wejść jedynie człowiek o czystych intencjach i nieskalanym duchu. Tak działała zona, którą ustanowił Siergiej dla swojego przede wszystkim spokoju, bo ludzie pchali się ciągle, żeby kosmitę zbawcę oglądać.

Na pewno też wierzyciele Edka nie mieli czystych intencji, więc wszystkie skarby Dropia i WSD były przed nimi zamknięte, zresztą tak samo, jak przed sporą częścią ludzkości. Edek oczywiście poczuwał się do winy za zniszczenia, które wyrządził na planecie i chciał każdemu poszkodowanemu zadośćuczynić za poniesione krzywdy. Oczywiście w płynie, ale mało kto chciał i i dzięki temu więcej boskiej księżycówki zostawało dla niego i jego rozlicznych gości. Tak to zabawa w Dropiu trwała nieprzerwanie, symbiont zamiast drzew produkował tlen, kosmici nie atakowali Ziemi, Edek nie miał i nie chciał mieć nowych pomysłów. Bezpieczeństwo zapanowało na Ziemi. Arkadyjski czas nastał dla niebieskiej planety.

Wszystko by tak trwało w tej nowej równowadze, gdyby nie duch eksperymentu, który wstąpił w Szalonego Edka. Właściwie wydarzyło się to przez przypadek. Mianowicie, podczas którejś z rozlicznych biesiad na symbioncie, gdy już nikt nie był w stanie mówić, więc wszyscy śpiewali, wprawdzie każdy na inną nutę, ale najważniejsze przecież, że wspólnie, wylała się przez okropny przypadek cała wielka flasza samogonu. Ogromna strata i Edek musiał zejść do piwnicy swojej chałupy po kolejną butlę eliksiru. Że nie lubił tego robić, to każdy wiedział, jaki niezdarny w tym stanie był, też każdy wiedział i zanim wytaszczył nową, to zdążył przewrócić trzy krzesła, stół, wpaść do piwnicy, w której na szczęście miał hodowlę symbionta, więc miękko wylądował. Lądując, niestety, wylał całą kadź świeżego destylatu. I nad tym gorzko zapłakał. Odechciało mu się wszelkiej zabawy, zostawił tylko gościom samogon, a sam poszedł spać. Wiadomo, sen leczy wszystkie strapienia, te większe i te mniejsze.

Gdy rano wstał, goście jeszcze pili, a rej wodził Martin Samogonka, wielki druh Edka. Sam Edek był trochę podirytowany, ale mniej już wczorajszą stratą, a bardziej dzisiejszą trzeźwością. Więc szybko zszedł do piwnicy po nowe zapasy. Tym razem ostrożnie, żeby już nic nie wylać. Ku swojemu zdziwieniu zauważył, że symbiont podlany ogromną ilością samogonu nie tylko nie zwiądł, ale jeszcze rozwinął się nadzwyczaj bujnie, potężnie przybrał na masie i widać było, że samogon lepiej mu służy niż zwykła woda. Więc Edek, żeby się pocieszyć po stracie z poprzedniej nocy, wykorzystał ten wspaniały materiał, który mu tak dobrze obrodził w piwnicy, do nowego nastawu. A gdy już po tygodniu wydestylował z niego to, co najlepsze, powstała taka symbiontówka, jakiej nikt w Dropiu nie pamiętał. Schodzili się do Edka, żeby tego cuda popróbować, ludzie nawet z Sołek, Wólki Kobylańskiej i Rudy Pniewnik. Nikt nie mógł uwierzyć, że Szalony Edek wspiął się na takie wyżyny mistrzostwa. Nowa symbiontówka Edka była delikatna w smaku, wyrafinowana jak hostessa sprzedająca proszki do prania, wyrazista jak ryk Krasuli (krowa Edka), gdy domagała się wydojenia i wreszcie mocna tak, że sam jej zapach mógł zwalić z nóg miastowego. Na szczęście z miastowych bywał najczęściej u Edka tylko profesor Kul’awy, ale ten i głowę miał mocną, i uchodził za swojego.

Profesor Kul’awy bardzo dopytywał się, z czego i jak jest zrobiona nowa przebojowa symbiontówka Edka. Ten zdradził jedynie, że z symbionta, na co Kul’awy ostrzegł go przed eksperymentami, bo symbiont jako główny dostawca tlenu na planecie, jest zespołem dwóch roślin i jeszcze jest nieustabilizowany genetycznie, zapewne też podatny na mutacje. Więc lepiej jest nie kombinować, bo można wyrządzić ludzkości sporą krzywdę. Dęby wraz z Siergiejem zaprojektowały wprawdzie istotę doskonałą biologicznie, doskonałego producenta tlenu, wtórnie też niezły materac dla leniwej ludzkości, ale trzeba uważać, żeby nie zburzyć subtelnej równowagi dwóch organizmów tworzących symbiont.

Edek bardzo lubił profesora, chętnie też z nim wypił, bo inaczej niż miastowi, potrafił sprostać wyzwaniom samogonu, jednak gdy Kul’awy zaczynał swoje naukowe biadania, przestawał zwracać nań uwagę, szybko i starannie zapominał, co do niego mówiono, żeby błogostanu umysłu nie zanieczyszczać niepotrzebnymi rzeczami. Tak było i teraz. Edek odkrył przecież sposób, w jaki robi się najlepszą symbiontówkę na planecie i miał już plan wielkiej produkcji. Nic nie mogło go powstrzymać.

Zaczął od przygotowania hektara pod nową uprawę wzmocnionego destylatem symbionta. Skąd wziął tyle destylatu? Tego nikt nie wiedział, widać wraz ze swoim druhem Martinem Samogonką, którego dopuścił do komitywy, mieli ukryte zapasy. Zresztą, jak już się brali za jakieś przedsięwzięcie, to z rozmachem, bez zastanowienia i z należytą determinacją, czego przykładem był nattel. Wprawdzie nattel przyniósł łączne straty w wysokości dwóch miliardów złotych, ale wszyscy wiedzieli, że to przez niemądrych kosmitów, którzy do ziemskich biznesów wsadzają swoje trzy grosze i psują to, co dobre i rzekomo o Układ Słoneczny dbają, żeby Słońce nie zgasło za wcześnie. Do nattela Edek z Martinem już nie chcieli wracać.

W każdym razie nowy biznes prosperował wyśmienicie. Symbiont rósł błyskawicznie na pożywce destylatowej, natychmiast był zmieniany w zacier, a ten w nowy przepyszny samogon. Część szła na potrzeby własne, ogromne przecież, część na eksport, a to, co pozostawało, było wykorzystywane do dalszego nawożenia.

W krótkim czasie uprawy symbionta pod samogon powiększyły swój areał do dwóch hektarów, trzech, a po kilku miesiącach było już tego dziesięć hektarów. Popyt był tak wielki, że firma Edek i Partnerzy z trudem go zaspokajała. Pomysł na nazwę firmy dała Pelaśka, dziewczyna Edka, która wraz z Andrzejem, sąsiadem Edka z Dropia, dołączyła do biznesu, bo we dwóch już sobie rady nie dawali. Zwłaszcza, że potrzebny był tutaj mocny ciągnik i przeróżne maszyny rolnicze, a tymi właśnie dysponował Andrzej.

Andrzej miał nawet dwa ciągniki. Ale odkąd na jednym, tym stojącym zaraz koło szopy i wygódki, powstało miasto Maiorów, Andrzejowi został tylko jeden. Na szczęście Maiorowie swoich majestatycznych budowli nie zdążyli zbudować na drugim ciągniku, więc przezorny Andrzej zabezpieczył co się dało przed ekspansją Wielkiej Republiki Maiorów.

Początkowo symbiont wyglądał tak, jak każdy symbiont na Ziemi. Był zielony, dochodził do trzydziestu centymetrów, był miękki jak materac i pogodnie rósł, dostarczając tlen. Jednak intensywna uprawa, konieczna do zwiększenia produkcji, spowodowała pewne modyfikacje tej łagodnej rośliny.

W ogóle biznes rozrastał się w tempie, które zaskoczyło wszystkich, zwłaszcza gdy udało się nawiązać współpracę z dużymi dystrybutorami alkoholu spoza WSD. Potrzeby wewnętrzne były bez trudu zaspokajane nawet przez areał upraw mniejszy niż dziesięć hektarów. Ale gdy przed firmą Edka stanęło wyzwanie sprostania potrzebom całej Polski, a później Europy, wprawdzie głównie wschodniej, musieli powiększyć areał uprawy alkoholowego symbionta i wprowadzić intensywne zasady nawożenia. Odkryli też, ku swojemu zdziwieniu, że symbiont używany do produkcji boskiego samogonu zaczyna się wyraźnie różnić od jego łagodnej, tlenowej wersji.

Symbiont alkoholowy był zdecydowanie większy, kolor miał brunatnozielony, cały był napęczniały od wewnętrznych soków, które w nim buzowały. Właściwie nie trzeba było specjalnie starać się o to, żeby jego uprawy się powiększały, sam się rozprzestrzeniał i niesłychanie szybko rozwijał, gdy tylko miał pożywkę w postaci smakowitego alkoholu. Okazało się też, że jest bardzo wydajny, bo do jego rozwoju wystarczyła zaledwie trzecia część tego, co sam wyprodukował, a pozostała mogła iść na eksport.

Biznes więc rósł niestrudzenie. Szalony Edek z Martinem Samogonką liczyli coraz większe zyski. Oczywiście nie były to zyski takie, jak przy nattelu, ale tam była technologia kosmitów, a tu własna, pochodzenia ziemskiego. Wyglądało na to, że ryzyka żadnego nie ma.

Widać było wprawdzie małe ciemne chmury, ale kto by na to zwracał uwagę, gdy biznes tak dobrze się kręcił. Otóż Edek zauważył, że gdy chodzi, lub jeszcze lepiej leży na polu alkoholowego symbionta, odczuwa wyraźną lekkość, przypływ fantazji, a wszystkie rzeczy stają się lekkie i łatwe. Całkiem jak po wypiciu dobrych paru kielichów. Zresztą wszyscy inni też to zauważyli i coraz częściej, z coraz większą lubością przebywali na polach symbiontowych. Z czasem przestali nawet pić ulubiony samogon, a tylko zadowalali się pobytem na polu.

Wystarczyło położyć się, z rozkoszą wdychać powietrze, a efekt przychodził prawie natychmiast i tak długo, jak człowiek leżał na alkoholowym symbioncie, boski stan tylko narastał. Więc cała ekipa z coraz większą przyjemnością oddawała się po pracy leżeniu. A i w czasie pracy efekt zaczął narastać, zwłaszcza gdy uprawy nowego symbionta objęły już cały areał WSD, który firma Edka przejęła za bezcen.

Właśnie wtedy zaczęły się w WSD dziać dziwne rzeczy. Nie chodzi tu o żadnych kosmitów, bo do tych ludzie byli już przyzwyczajeni. Dziwne rzeczy zaczęły się dziać z mieszkańcami. Znany był wszystkim powszechnie Szacowny Waldemar. Zajadły wróg Edka, człowiek, który nigdy do ust kropli alkoholu nie wziął i który zawsze miał przykre słowo dla każdego pijącego. Teraz można go było zauważyć, jak chodzi po Dropiu kompletnie pijany, zatacza się niczym tonący statek i bełkocze coś o zemście Edka. Podobnie było z Wisławą z górki za Dropiem. Ta pobożna gospodyni, ostoja wiejskiej trzeźwości, tak się rozpiła, że widywano ją już z samego rana kompletnie pijaną; ona nawet swoje kury nauczyła pić, tak że zwykle leżały na podwórzu niczym martwe. Ludzie się dziwili, że taka niemoralność i rozpusta spadły na Drop i okolice. Ale z czasem coraz mniej osób było w stanie trzeźwo myśleć, coraz więcej było pijanych, aż ostatecznie trzeźwy w WSD pozostał tylko Mroczny Siergiej, ale jego stan był chyba stanem ani trzeźwości, ani pijaństwa.

Gdy pijaństwo doszło do tego poziomu, sprawy zaczęły się toczyć wartko, ale wcześniej jedna rzecz zaczęła niepokoić Szalonego Edka, bo przecież większa ilość kompanów do wypitki była tylko dobrym urozmaiceniem.

Miało to związek ze świadomością. Do tej pory wydawało się, że tylko nieliczne istoty posiadały na Ziemi świadomość, pomijając rasy leniwe, o których pisano gdzie indziej, zakamuflowane AI-e oraz dwie kury; obecnie na Ziemi świadomość i inteligencję posiadali ludzie, Maiorowe i oczywiście Mroczny Siergiej. Tymczasem linga, ta od świadomości, jednoznacznie pokazywała, że jest jeszcze jedna świadomość. Tzn. bardziej taka protoświadomość, bliżej nieokreślona, raczej przypominająca przedwiedzę, stan przed uświadomieniem. Edek ze zdziwieniem stwierdził, że tą istotą jest symbiont. Można powiedzieć, że symbiont posiadł świadomość rozkoszy, tego, że jest przyjemnie i tym się sycił. Pogadać z nim nie można było. Przynajmniej jeszcze nie wtedy.

Kolejne trzy miesiące upłynęły całemu towarzystwu na pomnażaniu zysków, niehamowanym niczym piciu, a właściwie na wdychaniu oparów na polach symbiotowych. Zresztą przez ten krótki czas pola symbiontowe rozprzestrzeniły się daleko poza WSD i wszędzie dużo ich było w tej nowej uniwersalnej wersji, od tlenu i wódki. W tym pięknym czasie nie było już nikogo trzeźwego w WSD. Wszyscy chodzili kompletnie pijani od rana do wieczora i odwrotnie. Nawet statki Maiorów zaczęły latać jakoś dziwnie, kierowane fantazyjną logiką alkoholu. A że Maiorowie byli zdecydowanymi przeciwnikami picia oraz zajadłymi abstynentami, budziło to powszechne zdziwienie i rozbawienie. W kilka dni później miasto Maiorów, zwane Wielką Republiką Maiorów, zniknęło. Traktor i wygódka Andrzeja nareszcie były wolne. Wszyscy stwierdzili, że ci Maiorzy byli całkiem jak miastowe, niby wieś lubią, ale jak przychodzi co do czego, to świeże powietrze im szkodzi.

Pewnego dnia odbiorcy wspaniałych trunków firmy Edek i Partnerzy nie przyjechali. W ogóle wszelki ruch na zewnątrz WSD zamarł. Oczywiście początkowo nikogo to zupełnie nie zmartwiło, gdyż humory dopisywały, opary alkoholu wlewały się w płuca, zwiększając optymizm i tak pomniejszając oczekiwania, że samo leżenie na symbioncie stawało się wystarczającą i spełniającą wszystkie potrzeby aktywnością. Wprawdzie po tygodniu nieobecność i nieaktywność świata zewnętrznego poczęła dziwić zaspanych mieszkańców WSD. Wzbudzili więc w sobie trochę energii i postanowili sprawdzić, co dzieje się w szerokim świecie. Wybór padł na Pelaśkę i Andrzeja, bo ci nie mieli żadnych wyroków w rozlicznych sprawach (jak np. Szalony Edek czy Martin Samogonka).

Pelaśka i Andrzej wsiedli na najlepszy ciągnik Andrzeja i malowniczymi zygzakami pomknęli na zbadanie życia w najbliższym wielkim mieście, czyli w Węgrowie. Gdy tak jechali przez kolorowe mazowieckie pola, uświadomili sobie, że pola nie są wcale kolorowe, tylko wszystkie pokryte brunatnozielonym symbiontem, który kompletnie zdominował wszystkie uprawy. Żadne pojazdy nie jeździły po zwykle ruchliwej drodze, nie było też widać nikogo, żadnych ludzi. Gdy dotarli do Węgrowa, jak zwykle Słońce świeciło w tej cudnej miejscowości. Przywitały ich konsekwentnie nijakie ulice, bez żadnych punktów odniesienia z szarymi, bliżej nieokreślonymi budynkami. Taki mazowiecki styl na pokrywanie terenu przypadkowymi zabudowaniami. Ale przynajmniej byli tu jacyś ludzie. Koło centrum handlowego kręciło się, a raczej zataczało się kilka osób. Spora część leżała na trawie i chyba spała, pozostali wykonywali nieskoordynowane ruchy i chodzili w nieokreślonych kierunkach, bez żadnego widocznego sensu, całkiem jak po ataku zombi albo po dobrej butelce.

–  Pijani, kurwa! – Andrzej szybko dokonał fachowej oceny.- Całe miasto pijane. I gdy uczciwie przeszli z Pelaśką po Węgrowie, okazało się, że nie ma żadnej trzeźwej osoby. Nawet dzieci były pijane, małe, średnie i duże, wszystkie bez wyjątku. Także zwierzęta wskazywały swoim stanem na niebagatelne spożycie, a ptaki nie umiały się już wzbić w powietrze. Zresztą były na ziemi bezpieczne, bo koty czyniły nieporadne próby ich złapania i zaraz zasypiały. Andrzej z Pelaśką doszli do wniosku, że pijaństwo w świecie zewnętrznym przerosło to, które jest w Dropiu, a wydawało się dotąd, że jest to niedościgły wzorzec.

Tymczasem Szalony Edek, który został sam na polu walki, po prostu leżał sobie wygodnie. Słońce przyjemnie grzało, nieodstępne i życzliwe ssuwakki biegały po polu, a opary alkoholu unoszące się w powietrzu zaspokajały jego wszystkie potrzeby. Mógłby tak leżeć godzinami, zobojętniały na cały świat. No, może za jakąś godzinę czy dwie zachciałoby mu się baby, ale przecież Pelaśka pewnie by do tego czasu wróciła z wielkiej wyprawy do Węgrowa. Więc mógłby tak leżeć i tak by pewnie jeszcze leżał w tej beztrosce wiele godzin, gdyby nie odwiedziny profesora Kul’awego.

Szacowny ten profesor, od lat już ceniony i nadzwyczaj poważany przez wszystkie gremia naukowców na świecie, przybył nadzwyczaj wzburzony. A że był też mocno wstawiony, to Edek pomyślał, że wóda mu się skończyła i dlatego taki wściekły jest. Tymczasem profesor zamiast o wódkę prosić, zaczął straszliwie krzyczeć na Szalonego Edka, że ten zniszczył rodzaj ludzki i to, czego nie dokonały żadne najazdy kosmitów, to zrobił Edek, tzn. załatwił ludzkość bezpowrotnie i nie ma już dla nas żadnych szans.

Edek tak był pijany, że niewiele z tego rozumiał, no może tylko, że coś znowu popsuł i że jest źle. Wiedział jednak, że na wszelki frasunek dobry jest alkohol, więc zaproponował Kul’awemu jednego głębszego, a jak trzeba będzie, to więcej. I tu się miarka przebrała. Spokojny zwykle profesor wpadł w szał.

– Ty kosmiczny pijaku, ty pijana łazęgo dropiańska! Nie zrozumiałeś jeszcze, że już nie trzeba pić alkoholu, żeby się upić, bo tak zmutowałeś symbionta, że oprócz tlenu produkuje etanolowe opary, które upijają szybciej i lepiej niż alkohol przyjmowany przez usta? Czy nie wiesz, że symbiont produkuje coraz mniej tlenu a coraz więcej etanolu i niedługo wszyscy się udusimy? Po prostu umrzemy stopniowo podduszani brakiem tlenu. Wprawdzie niedługo będziemy już tak pijani, że nawet pewnie nie będziemy rozumieli, że umieramy i śmierć stanie się nam obojętna! Nie rozumiesz też, gamoniu z Dropia, że mutacja symbionta niczym reakcja łańcuchowa obejmie w krótkim czasie cały świat i niedługo, może za miesiąc, a może za tydzień, nie będzie już miejsca na Ziemi bez oparów alkoholowych. Może tylko w głębokich jaskiniach albo wysoko w górach będzie bezpiecznie, ale tam i tak nie będzie tlenu. Załatwiłeś ludzkość, gamoniu. Nie broń atomowa, nie straszliwi kosmici, tylko jeden pijaczyna z Dropia!

Profesor Kul’awy długo tak rozpaczał i wykrzykiwał podobne rzeczy, aż wreszcie Edek coś zaczął rozumieć, ale że tyrad profesora raczej nigdy nie traktował poważnie, więc zasnął. Jednak straszliwa prawda wyszła na jaw, gdy z rekonesansu wrócili Pelaśka i Andrzej. Byli dosyć przerażeni tym, co zobaczyli. Pijaństwo na zewnątrz było zaiste wielkie, tak że nawet Edek się zadumał i pojął, że dzieją się rzeczy straszne, nieodwracalne i armagedon jest bliski. Wprawdzie ludzkość czeka zagłada w oparach alkoholu, zagłada poprzez pijaństwo, jednak będzie to niewątpliwy koniec ludzkości, a na to nie można się zgodzić.

Więc Szalony Edek zawezwał swego dzielnego druha Martina Samogonkę, z którym nieraz już Ziemię ratował, dobrali do kompani wierną Pelaśkę i zadziornego pijaka Andrzeja. Na konsultanta naukowego wzięli genialnego profesora Kul’awego. Dobrali jeszcze paru zacnych smakoszy z Dropia, Joanina, Wólki Pniewnik, Rudy Kobylańskiej i z Sołek, i zaczęli radzić, jak świat ratować. Gdy tak radzili przez wiele godzin, czasami, gdy powiał mocniejszy wiatr, rozumieli, że jakość ich myśli nie przekracza swoją lotnością bystrości osiąganej zwykle na wiejskich popijawach, więc byli raczej skorzy do bitki, niż do konstruktywnej myśli. Jednak nagle Edek wpadł na genialny pomysł i zrozumiał, że świat można jeszcze uratować i tubalnym głosem, przekrzykując wszystkich, zaryczał:

– Trzeba dogadać się z symbiontem! – a że nikt go nie słyszał i pewnie nikt też by go już nie zrozumiał, bo moc symbionta rosła z każdą chwilą, a pijaństwo zebranych przekroczyło już dawno temu tę granicę, gdy pijany wie, co robi, postanowił wziąć sprawę w swoje spracowane i skore do ratunku Ziemi ręce. Pierwsze, co zrobił, to odstawił wszystkie ssuwakki do ich schludnych zagródek. Po jakiejś godzinie odczuł pierwsze zwiastuny koszmarnego stanu trzeźwości. A gdy ujrzał swoich kompanów, zrozumiał, jak bardzo są pijani, bowiem część ledwo bełkotała jakieś niezrozumiałe słowa, część tylko leżała na symbioncie i gromko pochrapywała. Profesor Kul’awy był w nie lepszym stanie od pozostałych, straszliwie bełkocząc, z użyciem lingi, przekomarzał się z AI-em w swoim telefonie, bowiem kompletnie zapomniał już o celu swojej wyprawy, tak był pijany.

Po dwóch godzinach od odstawienia ssuwakków Szalony Edek był zupełnie trzeźwy. Jako pierwszy organizm na Ziemi z metabolizmem całkowicie etanolowym, musiał korzystać z dziwnych mocy ssuwakków, przy których obecności tylko mógł się upić. Teraz, w stanie trzeźwości zrozumiał, co wyrządził Ziemianom. Wyobraził sobie, że coś podobnego dzieje się wszędzie, a kompletnie pijana ludzkość umiera. Umiera wprawdzie w oparach alkoholu, całkowicie pijana, ze śpiewem na ustach i z pijacką gracją, ale umiera. Postanowił działać i wdrożyć swój pomysł, czyli dogadać się z symbiontem.

Okazało się bowiem, że ubocznym skutkiem mutacji alkoholowej symbionta była świadomość. Nie tylko pospolita świadomość rozkoszy, jaką dawał mu alkohol, ale też świadomość, że jest, istnieje, zmierza do śmierci i inne takie nie mniej mroczne. A że był ponurego raczej usposobienia, to i myśli miał ponure, bardzo egzystencjalne. Skłaniało go to do coraz większego dystansu, a ten uzyskiwał dzięki wzmacnianiu dawki alkoholu. Tak z tego ponuractwa dostarczał sobie więcej i więcej alkoholu, a skutki tego były dwa. Symbiont w krótkim czasie stał się alkoholikiem i w krótkim też czasie cała ludzkość była pijana, bo symbiont alkohol, którym się upijał, wytwarzał sam, a jego część wydostawała się jako opary.

Edek użył więc lingi świadomościowej, którą dostał kiedyś od Mrocznego Siergieja. Co do Siergieja, to zastanawiał się nawet, czy nie pójść i nie poprosić o pomoc, znał już jednak jego stosunek do takich rzeczy, tzn. przed inwazjami kosmitów owszem, by obronił, ale gdy Ziemianie sami nabroili, to już ich decyzja i sami muszą rozwiązywać swoje sprawy. Dorośli przecież są i mają swój ziemski rozumek.

Więc Edek do symbionta zagadał. Ten początkowo nie chciał rozmawiać, udawał, że nie rozumie, potem, że chory jest i nie ma czasu, w ogóle o czym tu gadać z Ziemianami, a zwłaszcza takimi, którzy nie mają korzeni, czego się tu można spodziewać po istotach ruchliwych i oddychających jego odchodami (tak traktował tlen, który produkował). Wreszcie się ugiął przed natarczywością Edka, który trzeźwy był i jak to on, gdy znajdował się w tym stanie jak z koszmarów sennych, stał się trochę stanowczy i obcesowy. Początkowo rozmowa nie szła za dobrze, pomimo tego, że rozmawiali w subgalaktycznym, więc technicznie powinni rozumieć się świetnie. Po pewnym czasie Szalony Edek pojął, że symbiont jest kompletnie pijany, dodatkowo jego świadomość nie była jednostkowa, ale jednostkowo rozproszona, tzn. obejmował sobą całą planetę i rozmowa z nim był podobna do gadania z całą planetą. W dodatku z kompletnie pijaną planetą. Edek zmienił więc styl i zaczął z nim rozmawiać tak, jak z normalnym, tylko trochę bardziej dziwacznym kompanem od wypitki. Więc odwołał się do wspólnych godzin picia, do tego, że ludzie zawsze byli dobrzy dla symbionta, zwłaszcza że tylko on im pozostał, jak drzewa odeszły. Symbiont rozczulił się, zmiękł, a wtedy Edek poprosił go, żeby wrócił do swojej wersji metabolicznej preetanolowej, czyli zwykłej tlenowej, jak go Mroczny Siergiej i dęby stworzyły. Początkowo symbiont nie chciał słuchać i wyglądało na to, że negocjacje utknęły w martwym punkcie. Jednak w pewnym momencie symbiont zadumał się i zaproponował rozwiązanie.

Wiadomo wszystkim, że abstynencja i odstawienie alkoholu samemu są smutne i nieodpowiedzialne. Takich rzeczy nikt rozważny nie robi. Można wprawdzie spróbować odstawienia alkoholu próbnie na powiedzmy miesiąc, ale towarzystwo i pomoc przyjaciół, nawet jeśli są obrzydliwie dwunożni i bez korzeni, jest niezbędna. Zatem symbiont zgodził się na trzeźwość próbną, przez miesiąc na początek, ale pod warunkiem, że też picia zaprzestanie Szalony Edek i jego druh bliski, Martin Samogonka.

– Wypijecie chociaż kieliszeczek wódki, cała umowa zostaje odwołana i wracam do picia! A nie myśl, dwunogu, że nie potrafię stwierdzić, czy pijesz. Wprawdzie nie widzę soczewkowatymi oczami, które masz na krańcu górnej bulwy, na nibyszypułkach, ale za to mam chemoreceptory, dzięki którym wiem, jakie masz soki w sobie i jaki jest ich skład. Pamiętaj też, że jestem wszędzie na Ziemi i widzę stale, co robisz – powiedział symbiont. Po czym dodał jeszcze drugi warunek umowy.

– A mój drugi warunek, to trzy godziny dziennie rozmowy o tym padole łez, jak to trafnie mówią dwunogi. Będziemy rozmawiali o teraźniejszym i przyszłym życiu, o prawdzie i dobru, smutku, cierpieniu i radości, które dają świadomość bytowania. To moje nieodwołalne warunki!

– Zgoda, kurwa! – wyszeptał zdruzgotany Edek.

Od tej pory Szalony Edek był całymi dniami wściekły i przykładnie trzeźwy. Martin Samogonka i symbiont podobnie. Żaden z tych dwóch ostatnich nie mógł wybaczyć Edkowi, że doprowadził ich do tego stanu, więc kłócili się strasznie. Dodatkowo, jako że zarówno Edek, jak i Martin byli słabi w dyskusjach filozoficznych i raczej woleli milczeć w tematach głębokiej egzystencji, to każdego dnia musieli słuchać trzygodzinnych wykładów symbionta na ten temat. Powstał z tego zresztą niezły traktat filozoficzny, „Bycie, nicość i czas, czyli między dobrodziejstwem końca a poręcznością początku”. Bardzo popularny na Ziemi, bo pisany przecież z perspektywy całej planety.

Ludzkość natomiast raczej nie doceniła wielkiego wyczynu i ogromnego poświęcenia Szalonego Edka. Gdy tylko ludzie wytrzeźwieli na dobre, a stało się to już w tydzień po sławnej rozmowie z symbiontem, zaczęły płynąć do Edka pozwy. Więc do pozwów z dawnych lat za nielegalną produkcję samogonu, za rzekome oszustwa i nadużycia z nattelem, za zniszczenie, a przynajmniej poważne naruszenie wszystkich budynków na Ziemi, doszły teraz miliony pozwów i żądań odszkodowania za upicie całej ludzkości i straty z tego wynikłe. Było tego wszystkiego coś na kilkanaście bilionów dolarów, a może więcej, bo Edek przestał liczyć już po pierwszym bilionie.

 

Powrót do listy opowiadań.