Opowiadania Science Fiction

Odwiedziny

Szalony Edek i Martin Samogonka przywieźli z odległego kosmosu na Ziemię trzeźwość. Nikt już nie musiał, jak Ziemia długa i szeroka, pić z konieczności. Zostało tylko picie dla przyjemności, swojskie, spontaniczne, tak dobrze w Dropiu i w jego okolicach znane.

Edka jednak już wcześniej znudziła konieczność wlewania w siebie takich ilości samogonu i postanowił więcej już nie pić, jeśli tylko pojawi się taka możliwość. Po powrocie z kosmicznej Konferencji, gdy powstały sprzyjające okoliczności, zrealizował swój zamysł, ku wielkiemu smutkowi druha nieodstępnego Martina Samogonki i Pelaśki, żony Edka. Martin martwił się, że kompana do zabawy straci i że życie towarzyskie w Wolnych Stanach Dropia (WSD) wygaśnie. Pelaśka zaś, obawiała się że Edek wymyśli jakieś inne szaleństwo, lub groźny nałóg w miejsce dobrze znanego i względnie oswojonego. Obydwoje się pomylili. Edkowi dane było wytrwać w trzeźwości tylko dwa dni, niezapomniane, pełne trudu i bezsensowne, jak później zgodnie uznali z Martinem.

A wszystko zaczęło się na koniec drugiego dnia wielkiej trzeźwości i w trzeci dzień po powrocie z centrum galaktyki.

Wtedy to właśnie wokół Ziemi zaczęły się pojawiać statki kosmiczne. Najpierw jeden, potem drugi, aż wreszcie uzbierało się ich z pięćdziesiąt, a każdy był inny niż poprzedni. Od malutkich, takich jak średniej wielkości miasto (dajmy na to taka Warszawa), po całkiem spore, nieco większe od Księżyca. Ludzie w Dropiu zaczęli się dziwić i szemrać, że znowu najazd kosmitów, a wydawało się, że odkąd zostaliśmy przyjęci do struktur galaktycznych, to już kosmity powinny nas zostawić w spokoju. Ale nie ma się czym martwić, bo przecież zaraz Mroczny Sergiej przegna tych kosmicznych natrętów. Jednak nic się nie działo, statki wisiały sobie wokół Ziemi, a Sergiej nie zwracał na nie zupełnie uwagi.

Za to Amerykanie wysłali swoje stateczki, malutkie w porównaniu z gwiezdną flotą, niczym odchody muszki owocówki. Nikt specjalnie nie zwracał na nich uwagi, gdy kazali się poddać najeźdźcom i ściśle realizować polecenia. Było to dosyć śmieszne. Ale jeszcze zabawniej się zrobiło jak Chińczycy i Rosjanie dołączyli swoje wehikuły do akcji. Jako, że na nich też nikt nie zwracał uwagi, to zaczęli ostrzeliwać flotę inwazyjną. Gdy wreszcie Chińczycy wypuścili swoją sławną, wszystko niszczącą plazmę, w celu kompletnej destrukcji najeźdźców, otrzymali tylko informację (w subgalaktycznym rzecz jasna), żeby nie robili zrzutów archaicznego paliwa na orbicie, bo jeszcze Ziemię podniszczą, a następnym razem jak to zrobią, to zostaną poddani dyfulgacji wstecznej. Nie udało się niestety dowiedzieć czym jest dyfulgacja, bo wszystkie chińskie statki zostały od razu przesłane na Ziemię i to na podwórko Szalonego Edka, tak że pierwszymi tego dnia gośćmi z kosmosu byli właśnie Chińczycy. Ich statków było pięć i wylazło z nich łącznie jedenastu trochę zmaltretowanych podróżników. Wtedy to właśnie Szalony Edek podjął decyzję, że czas przerwać długą abstynencję, zwłaszcza, że tylu gości przybyło. Chińczyków nikt się nie mógł już po chwili doliczyć i wydawało się, że jest tylko jeden. Tajemnica się potem wyjaśniła, a była to tajemnica genetyczna. Otóż tej szlachetnej rasie brakuje tego i owego enzymu do rozkładania alkoholu, a na imprezie u Edka zwykłą konwersacyjną wejściówką było pół litra samogonu. Więc przy takiej konsumpcji dziesięciu Chińczyków dochodziło do siebie, przeżywając różne fazy zamroczenia i trzeźwienia, ale szczęśliwie tak, że przynajmniej jeden był w stanie reprezentować ten zacny i szczególnie zaradny naród. Stąd wzięło się przeświadczenie w Dropiu, że na imprezie był tylko jeden Chińczyk i że Chińczycy mają wcale mocne głowy do wypitki. Pomyłce wydatnie sprzyjał fakt, że chłopstwu z Dropia wszyscy Chińczycy wydawali się tacy sami, zwłaszcza, że byli w bojowych skafandrach.

Potem zaczęli się zjawiać inni goście z kosmosu i Edek zrozumiał, że szykuje się naprawdę wielka biesiada. I zniósł tedy blokadę oraz wszelką reglamentację degustacji, puścił nanoasemblery na pełną moc, żeby produkowały morze wielkie trunku i w zacnej różnorodności.

Była to słuszna decyzja, ponieważ następnymi, po Chińczykach, gośćmi z kosmosu byli Olgierd z Kurzych Łap, Henryk z Sieradza i Ambroży z Pcimia Dolnego. Okazało się bowiem, że gdy Monstrum zrobiło nową Ziemię 120 lat świetlnych od ojczystej Ziemie, królestwo lenistwa i wiecznego nic nie robienia, to trójka skorzystała z takiej niezwykłej okazji i uciekła z Ziemi. Twór Monstrum stał na bardzo wysoki technologicznie poziomie, więc od razu trafił do różnych wybitnych pangalaktycznych gremiów, a jego przedstawiciele musieli latać na różne nudne i zbędne konferencje kosmiczne. Delegatami nowej Ziemi przeważnie byli właśnie Olgierd, Henryk i Ambroży. Na jednym z takich nudnych kongresów dowiedzieli się o zaproszeniu Szalonego Edka, które ochoczo podchwycili i chętnie udali się na stare śmieci, na gościnną Ziemię.

Gdy Edek zobaczył starych kompanów, o praktycznie nieograniczonej pojemności samogonnej, wstrząsnął się głęboko z tego radosnego przedsmaku wielkiej uczty i w radości zagadał do nich:

– A witajcie kamraci! Pewnie zdrożeni jesteście i pić wam się chce?

Gdy oni potwierdzili, mrużąc oczy i mlaskając oczekująco, Edek sięgnął po porządne szklanice, takie żeby czas stracony szybko nadrobić.

– Zawołajcie też Chińczyka, bo chłop mocną głowę ma i dobrze się z nim pije – dodał.

Rozmowa potoczyła się wartko, bo i o czym gadać mieli, bo przecież od dawna się nie widzieli. Więc rozmawiali o rodzajach samogonu, który lepiej wchodzi i kiedy. Przeważała teza, że wprawdzie walor smakowy jest istotny, ale moc jeszcze ważniejsza. Wszyscy z rozrzewnieniem wspominali samogon Edka zwany pestkówką mocną, który tylko tym się od czystego spirytusu różnił, że pestki z przypadkowych owoców pozbawiły go trochę mocy i nadały niepokojący migdałowy smak. Smak wprawdzie nikomu nie przeszkadzał, ale tych paru procent mocy było żal.

Edek, żeby zadowolić swoich gości, pomajstrował przy nanoassemblerze, nawet na chwilę podpiął się do swojej rezydualnej interaktywnej projekcji (rip), jak to miał ostatnio w zwyczaju, gdy robił jakieś co trudniejsze rzeczy, do których nawet on potrzebował większej mocy obliczeniowej. Zaraz też z nanoassemblera podwórkowego popłynęła zawrotnie pestkówka mocna. Siała swój dawny smak, ale za to była jeszcze mocniejsza. Oto nanotechnologia na służbie potrzeb człowieka z Dropia.

Gdy goście pociągnęli po mocnym hauście, widać od razu zasmakowali. Pyski już czerwone, poczerwieniały jeszcze bardziej, chęć zabawy wzrosła, pragnienie nieutulone wzmogło się bezgranicznie. Było wiadomo już, że nic nie powstrzyma zabawy, która przerodzi się w długą biesiadę. Sceptycznie do nowego napitku podszedł tylko Chińczyk, ale zachęcony łatwością z jaką pozostali wlewali ją w siebie, też dał się uwieść pochopnie woli mocy oraz smaku i przez jakiś czas nie było na imprezie żadnego Chińczyka.

A tymczasem gości przybywało. Ze wszystkich stron nadlatywały małe i duże lądowniki planetarne. Lądowały gdzie popadnie, wpadając na siebie, przewracając płoty, niszcząc agrest i porzeczki. Szkód przy tym narobiły większych, niż wszystkie najazdy kosmiczne, które dotąd spotkały Drop i jego słoneczne okolice. Gdy już zabrakło miejsca na okolicznych polach, drogach i obejściach, zaczęły lądować w Osownicy, głównej i jedynej rzecce WSD, czyniąc przy tym gdzieniegdzie kłopotliwe rozlewiska. Część wylądowała w Joaninie, w dziurach po śladach potwora Gżgżżżgh, co to niechcący najechał Ziemię. Okazało się zaraz, że potwór ten jest znany części przybyszów i co więcej są miłośnikami jego produktów. Otóż jest on zwierzęciem hodowlanym, które jako produkt swojego metabolizmu daje furminał, wielki przysmak na ponad tysiącu planet. Jak wytłumaczył Edkowi William, który z ciekawości przyszedł na biesiadę, żeby gości z kosmosu oglądać, Gżgżżżgh, był odpowiednikiem łaskuna mazungi, co to w odchodach produkuje podobno najlepszą pod Słońcem kawę. Edek nie uwierzył i sceptycznie zauważył:

– To te kosmity gówno jedzą? A u nas ludzie gówno piją? Dziwaków nie brak na tym świecie – Edek przy tym skrzywił się bardzo i dla równowagi pociągnął z flaszy kojący nektar. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu nowi przybysze chcieli, żeby ich częstował odchodami potwora Gżgżżżgh, bo skoro ślady są to i muszą być produkty. Na to Edek przytomnie zapytał się Williama, dlaczego nie zrobią sobie sami tego przysmaku w nanoassemblerach, bo skoro na Ziemi już są nanoassemblery, to pewnie tym bardziej w kosmosie. William wytłumaczył zaraz Edkowi, że nie wszystkie cywilizacje mogą używać nanoassemblerów, wiele ma tę technologię zablokowaną i muszą na drodze konwencjonalnej produkować furminał. Tylko nieliczni mają dostępną szeroko nano produkcję wszystkiego, a szczególną rzadkością jest pemtotechnologia. Więc pod tym względem Ziemia jest wyjątkowa i stała się małą kosmiczną sensacją. Zresztą większość cywilizacji, które poszły w pemtotechnologię szybko przestają być dostępne jako struktury materialne powszechnie znane na Ziemi. A tutaj, do nas, jak wyjaśnił William, przylecieli teraz tylko przedstawiciele co mniej zaawansowanych cywilizacji, takie kosmiczne głuptasy, ale i tak trzeba ich witać życzliwie i cieszyć się, że do nas zawitali.

– Tak, tak – potwierdził traktor Ted – życzliwym dla wszelkiego życia trzeba być, nawet dla naszych gości.

A nowi goście zażyczyli sobie, żeby im podawać furminał. Cóż miał zrobić Szalony Edek, święte prawa gościnności, mówiły, że zadbać trzeba aby gość się dobrze czuł. Więc musiał się Edek potężnie wysilić i fortel podstępny wymyśleć.

– Kosmity drogie – powiedział – na razie tego gówna z potwora to ja nie mam, bo ten potwór mało go zostawił u nas na planecie, za to naniszczył dużo wiatraków, za co wszyscy go polubiliśmy bardzo. No więc tego gówna dla was nie mam, ale mam coś jeszcze lepszego. Okowitkę świeżutką. Popróbujcie trochę – i zaczął nalewać do pucharów złoconych i posrebrzanych, tych na specjalne okazje. I tak polewał, tak zagadywał, krasomówczo, że już przy piątej kolejce nowi kosmici zapomnieli o furminale, a po szóstej w ogóle o wszystkim zapomnieli i dwieście lat później ze zdziwieniem obudzili się, dryfując gdzieś na obrzeżach galaktyki. Tak potwierdziło się w skali kosmicznej, że z Edkiem pić trzeba umieć.

A oto nadlatywali nowi goście z kosmosu w liczbie przeogromnej. Widząc to Edek zakrzyknął do chłopstwa z Dropia, które już licznie się zebrało, żeby nanoassemblery u siebie sposobili, bo on sam nie podoła. Wszyscy chętnie posłuchali nawoływania Edka, bo wiedzieli, że czeka ich zabawa dobra, a jak się postarają to może będzie jeszcze z tego jaka tęga bitka.

Wydaje się, że wszyscy którzy odpowiedzieli na zaproszenie Edka już przybyli, bo właśnie ostatni z lądowników siadał na jedynym wolnym fragmencie obejścia edkowego, tj. jest w ogródku, na świeżutkich krzaczkach czerwonych porzeczek. Tego jednak już było zbyt wiele dla Pelaśki. Wprawdzie obiecała sobie nigdy i w niczym już się mężowi nie sprzeciwiać oraz znosić cierpliwie jego gości, po tym jak Ziemia na chwilę przestała istnieć przez jej kłótliwość, ale teraz nie wytrzymała. Zniszczone porzeczki wywołały w niej furię i jak za dawnych dobrych czasów wybiegła z tasakiem oraz wałkiem i uderzyła z pełną mocą w niszczyciela porzeczek. Ten od razu zrozumiał, że z tak zajadłym przeciwnikiem nie wygra, bo kosmity też przecież swój rozum mają. Odleciał od razu, pozostawiając za sobą smugę różowo-czarnej cieczy.

Po tym drobnym incydencie, dobrodusznie zapomnianym, bo przecież trzeba pamiętać, że kosmici nie muszą wiedzieć, że wchodzą w szkodę, zaczęła się na dobre uczta. Szalony Edek wraz z Martinem Samogonką chodzili od gościa do gościa, z każdym dobre słowo w subgalaktycznym zamienili, z każdym kolejkę dobrej okowity wypili. Po tej biesiadzie gościnność Edka była szeroko znana, a jego samogon kosmicznie mocny sławę zyskał w całej galaktyce.

A jacy to byli kosmiczny goście?

Był Bimbosz z odległej Pireny. Istota nadęta, wielkoucha, pięcionożna ze wszystkimi szukająca zwady. Przy tym nadzwyczajnie kłótliwa i leniwa. Na szczęście, Bimbosz ukojony księżycówką robił tylko to ostatnie, czyli leniwie wykonywał procesy, które odpowiadają ziemskiemu spaniu i ziemskiemu chrapaniu. Robił to jak wszystko inne, nieprzyzwoicie głośno, ale przynajmniej nie było z jego powodu rozróby.

Był Natgurlik Ciekawski, posiadający niezliczoną ilość oczu, na swoim płaskim ciele, przywykłym do gigantycznej grawitacji. Oczu wyłaziły mu ze wszystkich części ciała, niektóre na giętkich szypułkach, inne na zwisopnączach, inne wprost na trzydziestu dwu chwytakach, używanych zarówno do trzymania, jak też do łażenia. A że był malutki, szybko się przemieszczał i wszystko chciał widzieć, to pełno go było w każdym miejscu. Odrobinę nieznośnie. Takie przeciwieństwo Chińczyków na tej imprezie.

Natgurlik może ze względu na małe rozmiary, może na dużą pojemność alkoholową szybko się dogadał z Olgierdem z Kurzych Łap i przez cały dzień degustowali razem, aż do utraty ciekawości.

Przybył też Wimpedan Uroczy. Z ciałem przejrzystym jak najczystsza woda, na którym umiał zasymulować zdarzenia przyszłe i przeszłe. Przy czym przeszłe bardziej lubił symulować, ponieważ na jego planecie przyszłość była znana bez wysiłku, natomiast poznanie przeszłość wymagało dużego wysiłku oraz nakładu energii. Pił jednak jak inni i zupełnie nie przewidział czym to się skończy.

Nie zabrakło też Kantorka Natrętnika. Okazało się, ze już raz był na Ziemi, parę lat wcześniej i był przyczyną paru dziwnych zdarzeń. Jak i co się stało opowiedział Edkowi oraz Martinowi, tylko to już była oddzielna, dosyć pocieszna historia. Po opowiedzeniu tej, jak teraz ludzie mówią, „słodkiej historyjki”, niestety znalazł pewną księgę w domu Edka i z nikim więcej już nie rozmawiał, tak go wciągnęła lektura. A była to książka, którą porzucił w domu Edka jakiś sfrustrowany młody naukowiec, jakich teraz wielu się kręciło w WSD. Sam Edek przecież nie używał już książek, bo jak pamiętamy miał wyłącznie nowe meble i nie musiał niczego podbierać. Porzuconym tomem była sławna księga RAND-u, ze stoma tysiącami liczb losowych na czterystu stronach. Kantorek Natrętnik miał wielki szacunek dla liczb i zarazem sporą nieufność. Nie wierzył, że jest możliwa całkowita losowość, dlatego starannie przeczytał książkę, najpierw do przodu, potem od tyłu do przodu, potem losowe strony, losowe kolumny. Gdy wreszcie zrozumiał, że liczby są w pełni losowe, pojął że znalazł poszukiwaną od miliona lat przez jego cywilizację losowość. Wtedy zapłakał, czyli wykonał coś co dla nas brzmiało jak czkanie na przemian z cichym pohukiwaniem sowy. Wrócił zaraz do wielkiej księgi RAND i najpewniej płacze z radości do dzisiaj.

Był też tego dnia u Edka, Pomyjan z Abradocji. Takie wielkie jajo, prawie pięciometrowe, z malutką główką, cienkimi łapkonóżkami, których było więcej niż dwieście. Łapkonóżki były kompletnie nieużyteczne, więc i tak musiał jeździć w wielkiej gondoli, która zajmowała bardzo dużo miejsca i wszystkim przeszkadzała. Właściwie tego wieczoru nie można o przedstawicielu tej rasy powiedzieć nic więcej, bo też niewiele więcej wtedy dokonał.

Wielu gości przybyło na zaproszenie Edka. Niezliczone mrowie istot z kosmosu, małych i wielkich, śmiesznych i bardzo śmiesznych, głównie łapczywych, żądnych posiadania i może nawet okrutnych, bawiło się tego wieczoru u Edka. Pewnie gdyby Ziemia nie została zaliczona do galaktycznej wspólnoty, to niejeden z gości przyprowadził by zaraz flotę inwazyjną i próbował zagarnąć to, co nie jego, ale teraz respekt czuli. Tylko samogon Edka pili, nanoassemblerów i pemtotechnologii zazdrościli, a część z nich gdy zrozumiała, że żaden podstęp nie pozwoli wyrwać technologii Ziemianom, smętnie zwiesiła czułki, opuściła nibyłapki, wskrośne odnóża i niezaspokojone czułki i tylko rozmyślała gdzieby tu się teraz udać, gdzie łatwiej pójdzie i gdzie nie trzeba będzie pić tyle księżycówki mocnej. Wtedy też z pomocą całej tej kosmicznej hałastrze przyszedł Mroczy Sergiej, który niespodziewanie pojawił się przed chałupą Szalonego Edka. Stanął tylko i łagodnie popatrzył na przybyszów. Strefa wokół WSD zielonkawo zamigotała, a cała kosmiczna zbieranina w panice pomknęła do swoich lądowników, pośpiesznie opuszczając Ziemię.

Z przybyszów zostali tylko Olgierd z Kurzych Łap, Henryk z Sieradza, Ambroży z Pcimia Dolnego, co jest zrozumiałe oraz ku zdziwieniu wszystkich Chińczycy, bo jak się okazało ich intencje były całkiem czyste, a serca nie do końca zniszczone i tylko zabójcze posłuszeństwo rujnowało ich dusze. Został też Kantorek Natrętnik, co nikogo nie zdziwiło, bo tak szczera pasja i takie poświęcenie musiało być wynagrodzone.

Tak zakończyła się pierwsza kosmiczna biesiada z udziałem gości z kosmosu, a gościnność chłopstwa z Dropia, a szczególnie Szalonego Edka niosła się hen daleko, po całej galaktyce.