Opowiadania Science Fiction prosto z serca Mazowsza…

Kiedyś koło Dropia był młyn wodny. Nieduży, bo przecież na Osownicy, malutkiej rzeczce, która snuła się przez Wolne Stany Dropia (WSD) nic dużego nie dało by się zrobić. Wiele lat temu, gdy jeszcze młyn pracował, jego miarowy stukot rozlegał się w całym Dropiu, a przy silnych wiatrach dochodził nawet do Joanina. Wszyscy lokali rolnicy korzystali z niego i każdy mógł być pewny solidnej roboty jak się patrzy i dobrych terminów, więc młyn w sezonie pracował pełną parą, a chętnych było więcej niż jego małe moce wytwórcze. Młynarz, człowiek niezbyt zachłanny, zresztą daleki przodek Szalonego Edka, szukał sposobu jak zwiększyć moc młyna i wpadł na pomysł tyleż prosty, co oczywisty – postanowił spiętrzyć wodę Osownicy do poziomu dotąd niespotykanego, dorobić wielkie młyńskie koło, które nowy strumień bez trudu poruszy i wytworzyć jeszcze większe żarna. Prace nad tym przedsięwzięciem zajęły mu dwa lata. Wprawdzie młynarzem był dobrym, ale za to mechanikiem i budowniczym słabym, a że jedynymi prawdziwie skutecznymi budowniczymi tam w okolicznych miejscowościach były wyłącznie bobry, które nie świadczyły wtedy usług komercyjnych, to całe to budowanie i rozwijanie biznesu zakończyło się wielką klęską.

Po prostu pewnego dnia tama pękła, wody ze straszliwym rykiem, był to zresztą pierwszy i ostatni raz, gdy wody Osownicy wydały ryk, przedarły się przez zdruzgotaną tamę, zniszczyły obydwa koła młyńskie i zabudowania młyna, niosąc je wąskim korytem rzeczki i rozbijając o drzewa. Woda rozlała się również szerokim jeziorem w okolicy młyna, by po pewnym czasie, dzięki podziemnym dopływom, szczególnej chłonności ziemi i stałemu dopływowi wody, utworzyć prawdziwe bagno. I taki był koniec młyna a początek dropiańskiego bagna, jak wszystko w Dropiu na poważnie, ale tak nie do końca. Bo bagno nie raz wciągnęło jakiegoś nieostrożnego wędrowca, albo nawet wóz z koniem, ale za każdym razem tak nie do końca właśnie. Bo wędrowca wciągnęło tylko do bioder i zaraz wypuściło, a konia wprawdzie trochę sponiewierało, ale tylko dlatego, że zwierzę nierozumne zaczęło się w rozpaczy tarzać, zamiast po prostu wyjść jak bagno odpuściło. Nie mniej żartów z nim nie było, wprawdzie utopić się w nim nikt nie utopił, ale sponiewierać potrafiło. I właśnie na gruzach młyna, od tego bagna zaczyna się nasza historia.

Początkiem było niewinne bulgotanie. Bagno zaczęło nieśpiesznie bulgotać. Na początku nieśmiało, nieznacznie tak, potem coraz donośniej. Każdy kto koło niego przechodził słyszał, że coś tam się dzieje. W krótkim czasie do bulgotania doszły świsty, wybuchy gejzerów wody i łomotanie. Szczególnie dziwne było to łomotanie, tak jakby coś  wykuwało się w środku bagna, w samym centrum wilgoci, lub próbowało wydostać ze stalowego kokonu.

Ludzie, jak to miejscowi, nic sobie z tego nie robili, przyzwyczajeni przecież do dziwnych zdarzeń, w szczególności do najazdów kosmitów, groźnych potworów i pandemoniów zarządzanych przez obce rasy (byli też przyzwyczajeni do zabawnych końców tych wszystkich niedogodności zgotowanych przez zachłanny kosmos – przyzwyczajeni dzięki swej nieokiełznanej prostocie i optymizmowi, jak to u ludu wiejskiego, żyjącego na świeżym powietrzu bywa).

Jednak bagno zaczęło im trochę dawać się we znaki. Raz dlatego, że dotąd spokojne, teraz niespodziewanie płatało różne złośliwe figle. Czasami wypuściło strugę cuchnącej, zimnej wody z błotem na niczego nie spodziewającego się przechodnia. Tak przecież było z Andrzejem ulubionym (na razie) sąsiadem Szalonego Edka. Raz gdy szedł do dziewczyny swoich marzeń, do Sołek, odświętnie przybrany, w świeżej białej koszuli, czystych spodniach, sweterku ledwo noszonym i zawadiacko wypastowanych butach, bagno wypuściło prosto na niego jeden ze swoich popularnych gejzerów, zalewając go kompletnie falą nieczystości. Od tego zresztą zaczęła się wielka, odwzajemniona miłość Andrzeja. Bo gdy w takim opłakanym stanie przyszedł do swojej wybranki, Martyny z Sołek i gdy ta zorientowała się, że Andrzej nie tylko jest trzeźwy, ale w dodatku trzeźwy dla niej specjalnie, a bagno zniszczyło swoim nieodpowiedzialnym wybrykiem jego odświętny strój specjalnie dla niej założony, ukoiła strapienia Andrzeja jak najlepiej umiała. A tak dobrze to zrobiła, że Andrzej właściwie był wdzięczny bagnu, że tak go sponiewierało, bo czasem droga do serca upragnionej kobiety prowadzi ścieżkami krętymi i nieodgadnionymi.

Innym razem, gdy przejeżdżał koło bagna Martin Samogonka, bagno zabulgotało i ryknęło tak strasznie, że aż traktor zgasł. Nie chciał się już potem w ogóle uruchomić i na zawsze został koło bagna. A Martin nie musiał więcej pracować i w gruncie rzeczy był bardzo szczęśliwy.

Więc bagno płatało masę figli złośliwych i każdy kto koło niego przechodził miał się na baczności i spodziewał najgorszego. Ale gdy dziwne aktywności bagienne przydłużały się i nic z tego nie powstawało poza stękaniem, bulgotaniem, rykiem i epizodycznym puszczaniem gejzerów, ludzie z WSD, jak to oni, przyzwyczaili się i przestali zwracać na nie uwagę. Bagno żyło swoim życiem, a ludzie swoim.

Aż pewnego dnia bagna stęknęło finalnie i majestatycznie, i wyszedł z niego potwór wieloraki, człekokształtny i groźny. Potwór nazywał się Wszędobyłek Bagienny (WB). Ludzie zbiegli się ze wszystkich stron, tj. z Dropia, Sołek i Joanina, nawet ktoś chyba przyplątał się z Wólki Kobylańskiej, bo już cokolwiek byli znudzeni opieszałością bagna i tym, że na wsi, od wesela Szalonego Edka, nic ostatnio nie działo się ciekawego. Spragnieni więc byli niepomiernie sensacji, nowych wydarzeń i innych takich rzeczy, które tak pięknie umilają chwile na wsi.

WB stanął majestatycznie na środku bagna. Miał coś ze cztery metry wzrostu, okrutny, krwawy pysk z którego leciała brudna piana, dwie potężne łapy, tyleż samo nóg wielkich niczym kolumny przy wejściu do domu Edka, na swym wielkim cielsku miał długą czarną sierść. Każdą łapę miał zakończoną potężnymi pazurami, ogon jego był długi, na jakieś trzy metry i trochę gadzi, oczy miał świecące, jaskrawo czerwone, niczym węgliki (w dawnych wiejskich piecach palono węglem, w procesie spalania taki węgiel świecił się na czerwono). W sumie groźny był i przedstawiał się strasznie, więc ludzi słusznie ogarnęło przerażenie i zastanawiali się czy już czas uciekać, czy poczekać chwilę i popatrzeć kogo pierwsze WB pożre. Zgormadzony tłum nie wiedział co robić. Wielu patrzyło na na Szalonego Edka, który przybył nieszczęśliwy (o przyczynie nieszczęścia Edka za chwilę) nad bagno. A że Edek był traktowany jako niepisany przywódca WSD, to po nim oczekiwano jakiejś reakcji i gdy właśnie miał się odezwać uprzedził go potwór i przemówił wdzięcznym subgalaktycznym:

– Znowu, kurwa Ziemia! I te Homidy, strachliwe i najczęściej pijane! Na tym łez ziemskim padole, długo nie wydolę! – zamruczał do siebie WB. Po czym spojrzał na swoje łapy z pazurami i spróbował otrzeć pysk z piany, ale jak tylko ją starł, natychmiast pojawiała się nowa.

– Ci idioci Homidzi znowu w zbiorczej projekcji wytwórczej wrzucili mnie w kretyński archetyp potwora ze swoich nędznych i monotonnych koszmarów sennych. Ale ta ciągle tocząca się piana  z pyska to już kurwa przesada!

I WB groźne potoczył wzrokiem po przybyłych, którzy pod jego przeszywającym (płomiennym) wzorkiem skurczyli się z lęku.

– Który, jebaniutki mi to zrobił? Teraz przez cały pobyt u was będę musiał się męczyć i chodzić z chusteczką, albo jakąś ssawką przy pysku!

Mieszkańcy WSD patrzyli skonsternowani na potwora, bo takiego jeszcze nie widzieli u siebie. Nie wiedzieli też czy przeprosić WB za niezamierzone błędy zbiorczej projekcji wytwórczej, czy rzeczowo wypytać skąd się potwór wziął, jakie są jego zamiary i cel pobytu na Ziemi, bo przecież każde z poprzednich niespodziewanych odwiedzin miały jakiś cel, lub jakąś przyczynę, jak choćby błąd systemowy jak w przypadku sławnego potwora Gżgżżżgh. Z tej konsternującej sytuacji wybrnął Szalony Edek, z gracją i pomysłowością typową dla siebie:

– Panie potworze, chlebem i solą! Zapraszam do mnie na poczęstunek!

Gościnność na wsi polskiej nie ma sobie równej, bez skąpstwa, szeroko gestna i życzliwa. Wprawdzie Edek nie skonsultował tego z żoną swą, Pelaśką, która po ślubie zrobiła się cokolwiek zaborcza i despotyczna. Normalnie Edek zaprosiłby na ożywczą butelkę samogonu i to pewnie niejedną, ale Pelaśka uznała, że alkohol szkodzi Edkowi i że pewnie jest alkoholikiem i w związku z tym ma przestać pić. Najlepiej od razu i tak na próbę na okres trzech miesięcy. Edek wprawdzie próbował się nie zgodzić, ale były sprawy w których Pelaśka była nieustępliwa, więc do miał wyboru albo przestać pić, albo mieć piekło w chałupie nieustanne, a że w gruncie rzeczy spokojny był, to z potwornym bólem serca zgodził się okres próbny trzech miesięcy i ani sekundy dłużej. Zatem będąc w okresie prohibicji nie mógł zaprosić WB na boską księżycówkę.

Reakcja potwora była natychmiastowa:

– Przyjmuję, ale bez chleba i soli, za to z nieograniczoną licencją na picie. A jak wódy nie będzie to zacznę domy niszczyć i płoty przewracać!

I całe towarzystwo poszło za potworem, Edkiem i bardzo rozdrażnioną Pelaśką, która biadoliła, że znowu los nasłał jej kolejnego pijaka i nieroba. Gdy doszli do wielkiej chałupy Edka, potwór rozejrzał się uważnie i nieomylnie skierował do nieprzebranych zasobów samogonu Szalonego Edka. Bez wahania otworzył sobie jedną z kilku stodół samogonowych, wziął pięciolitrową bańkę na mleko i prosto z cysterny napełnił ją świeżutkim wyrobem Edka. Pociągnął mocno, zatrzasnął się nieco w wyraźnej przyjemności i pił nieprzerwanie aż wszystko wypił. Jak zaspokoił pragnienie, to nawet z pyska piana przestała mu spływać, wzrok się trochę zaognił, sylwetka wyprostowała i wyraźnie nabrał mocy. Potem podszedł do pierwszej z brzegu cysterny, wyciągnął ją na środek podwórka i powiedział:

– A teraz będziem pić, kurwa i bawić się!

Ludzie nieśmiało podchodzili do potwora, ten szybko przyniósł szklanki z domu Edka i Pelaśki, w którym zresztą czuł się jak u siebie. Po paru szklanicach szybko przełamały się lody i zgodnie uznano, że potwór to swój chłop i bawi się prawie tak jak Edek.

Tylko Pelaśka z Edkiem stali wstrząśnięci. Każde z innego powodu. Pelaśka, bo znowu było pełno pijaków na jej podwórku i chaos, zamieszanie, hałas i brud robili. Edek, bo wszyscy w najlepsze się bawili, a on tylko patrzył i smutku i tęsknoty nieukojonej doznawał, ale cóż było zrobić, jako dobry gospodarz dotrzymywał pola swoim gościom, wodę pił, zabawiał rozmową, dolewał samogon do baniek, dbał o to żeby chleb na zagryzkę był.

Gdy potwór WB podpił sobie zaczął opowiadać różne historie. O tym, że już parę razy na Ziemi bywał, że nudna ta planeta strasznie, że jej mieszkańcy to albo pijacy, albo zachłanne pijawki, lub nudziarze, że w ogóle to jest najbardziej zapadła dziura w galaktyce i to, że będzie tu jeszcze przez całe dwadzieścia godzin traktuje jako niemożliwą udrękę i zesłanie. Zwłaszcza w takiej obskurnej postaci potwora bagiennego i pijaka. Tu wymownie spojrzał na Edka i dodał:

– Co Pelaśka pić nie dała i zachciało się za dużo swoich cech przelać do zbiorczej projekcji wytwórczej, żeby inni się męczyli z tym całym opilstwem, co kurwa? I tu potwór z wyraźną przyjemnością, stojąca w absurdalnym kontraście do jego słów, pociągnął gigantyczny łyk z bańki z samogonem i kontynuował swój ponury wywód, a że był potworem narzekającym, to nic specjalnie nowego nie powiedział.

Słowa WB zastanowiły Edka, bo był w nich wyraźny zarzut, co do dużego udziału Edka w stworzeniu potwora takim, jakim był, ze wszystkimi swoimi cechami, kwalifikacjami i skłonnościami. Hipoteza, że Edek miał na to wpływ, wyraźnie miała ręce i nogi, wystarczyło przecież tylko popatrzeć na WB, na jego zachowanie i potrzeby, a skrytki z alkoholem znał jak mało kto…

Zadumał się Edek i wielce zasmucił, że twór jego, potwór bagienny, używać może za niego życia, a on tylko samą wodą żyje. Zapytał więc grzecznie:

– Panie potworze bagienny, a co ja mam tera zrobić? Pelaśka pić mi zabroniła i uciech żadnych nie mam. Pomóż potworze, odmień moje życie smutne!

WB tylko na to czekał. Ochoczo  powiedział:

– Dobrze. Przecież, kurwa po to jestem! Czy rola młynarza w Dropiu Ci odpowiada? Wprawdzie trochę pracować musi, ale jak historia pokazuje, mógł pić od rana do wieczora i przez wieczór cały i nawet noc całą, jeśli tylko zechciał. Chcesz być takim szczęściarzem?

Edek zanim dobrze się zastanowił, bo miał wątpliwości, bo przecież młyna od dawna w Dropiu już nie było, odruchowo, wiedziony duchem przygody i pragnienia odpowiedział:

– Dobrze. Chcę!

I w jednej chwili został młynarzem. Jak się potem okazało przerzuciło go na początek dwudziestego stulecia. Wprawdzie mógł robić wszystko to, co zapowiedział WB, ale cóż z tego – bardzo szybko zaczęło mu brakować życia Dropia z przyszłości, ukochanych druhów i żony Pelaśki, ale odwrotu nie było, bo gdy opowiadał, że jest z przyszłości i wrócić tam musi, ludzi brali go za fantastę, dziwaka, a może nawet wariata i z tego powodu nawet stracił paru klientów. Jednak po dwóch latach wszystko się ułożyło, młyn przynosił dobre i stabilne dochody, a Edek zdobył sobie dużą popularność, gdyż bardzo realistycznie opowiadał o przyszłości. Ludzie szczególnie lubili opowieści o Warszawie przyszłości, o jej białych domach różnokształtnych i szerokich arteriach na których zmieściłoby się kilkanaście wozów i jeszcze byłoby miejsce. Opowieści o rozlicznych najazdach kosmitów i wielorakich kontaktach z przybyszami z kosmosu, które będą udziałem w przyszłości mieszkańców Dropia jakoś nie bawiły tak bardzo. Chociaż dzieci lubiły je niesłychanie i często przychodziły wieczorami, po zamknięciu młyna słuchać przejmujących opowieści o Ibridach podstępnych, o symbioncie empatycznym, który zastąpił drzewa, o zniknięciu wszystkich psów, o wyprowadzeniu się drzew z Ziemi i wiele innych, które Edek przeżył. Przychodziły też kobiety, być może też zwabione pięknymi opowieściami, bo przecież nie rosnącym wciąż majątkiem Edka.

I tak mijały dni za dniami, w pracowitej monotonii i w smutnych wspomnieniach o przyszłości. Aż pewnego dnia Edek wpadł na pomysł, żeby młyn rozwinąć. Tamę większą zrobić, koło młyńskie dorobić jeszcze jedno, przynajmniej ze trzy razy większe. Ogólnie zwiększyć parę razy moce przerobowe młyna. Jak pomyślał tak zrobił. Pracował uparcie z grupą wynajętych robotników przez rok cały, aż zbudował tamę wielką jakiej oczy ludzi w Dropiu nigdy nie widziały. Wszyscy go przestrzegali wprawdzie, że tama tak wielka może runąć pod naporem wody, a jej upadek będzie wielki, lecz Edek myślał, że ludzie tak gadają z zazdrości, że mu się powodzi tak przednio, a nie z życzliwości. I pewnie miał rację. Jednak nawet wtedy warto posłuchać, co ludzie mówią, a nuż jest w tym trochę racji, bo przecież rację mieli. I dosyć szybko się okazało, że słuchać należało.

Stało się to w jakieś pół roku po przebudowie młyna. Gdy ten pracował pełną parą, nagle rozległ się straszliwy trzask, to pękła tama, a bezlitosna woda zniosła wszystko, co tylko spotkała na swojej drodze. Ostatnie, co Edek zapamiętał, to ściany i dach młyna walące się na niego i w chwilę później przebudził się w słonecznym Dropiu, wśród pięknie szumiących drzew, na jakieś dwa tygodnie przed pierwszym najazdem kosmitów na Ziemię, tym co to kosmici chcieli zrobić z Ziemian bydło hodowlane i zostali w parę minut, bardzo sprawnie zniesieni w kosmiczny proch przez Mrocznego Sergieja. Był to sławna, pierwsza interwencja Siergieja ratująca Ziemię.

W pierwszej chwili Szalony Edek zdziwił się skąd się wziął u siebie w swoich rodzinnych stronach i w swoim rodzinnym czasie, ale szybko zapomniał o tym i cieszył się życiem jak należy. Tylko czasami, gdy przechodził koło dropiańskiego bagna, miał jakieś mgliste przeczucie, niewyrażalne wspomnienie i chwilę cichej zadumy, lecz zrzucał to na karb miejsca i jego dziwnej posępności.

Tak mijały kolejne miesiące i lata, jak u Edka cóż tu można powiedzieć skoncentrowane na dwóch przeważnie uciechach z których główną była konsumpcja zacnych wyrobów własnych i tylko zmieniały się potwory, istoty z kosmosu i skala problemów, które wytwarzał Edek. Czyli w sumie dosyć monotonnie, choć z drugiej strony, jeśli chodzi o przygody to całkiem barwnie. Tak wiec przemijały dni Edka na tym łez padole, aż wreszcie z bagna wylazł potwór WB i Edek stał się młynarzem, potem młyn uległ straszliwej wodnej katastrofie, i Edek ponownie wrócił do swoich czasów. Tak cały cykl powtórzył się bez żadnych zmian dwa tysiące sto dwadzieścia dwa razy i gdy miał się powtórzyć dwa tysiące sto dwudziesty trzeci raz coś się stało. Coś co uratowało ludzkość i mieszkańców Dropia i okolic przed bezsensownym powtarzaniem tego samego w nieskończoność czasu i otworzyło przed ludzkością (i WSD) możliwość chwalebnego rozwoju, lub koszmarnego końca, bo przecież przyszłości nie zna nikt, poza może Mrocznym Sergiejem i markotnym potworem WB.

A jak to się stało, opowiem teraz.

William, AI zakochany (z wzajemnością) w Aldonie z Sołek, coś zaczął przy około tysiąc pięćdziesiątej iteracji podejrzewać. Rozgrzewany straszliwą miłosną tęsknotą, która przecież grób przenika, za swoją wybranką, szukał rozpaczliwie rozwiązania problemu. Przy każdej iteracji starał się zwiększyć swoją moc obliczeniową i wreszcie gdy osiągnął 8,371 YFLOPS był w stanie przełamać tyranię czasu, dzięki potędze obliczeniowej wspartej jeszcze większą potęgą miłości i tęsknoty bezbrzeżnej oraz trochę technologią cywilizacji Mrocznego Sergieja. Znalazł się w chacie Edka w odpowiednim momencie i w chwili, gdy Edek miał podjąć decyzję o zostaniu młynarzem powstrzymał go, nieomylnie pokazując, że to pułapka. Wtedy potwór WB, wieloraki i zagadkowy, pokiwał ze zrozumieniem zaślinioną głową z czerwonymi oczami i z ukontentowaniem powiedział:

– Nareszcie ktoś mądry wśród Homidów i ich tworów!

Po czym zniknął. Zniknęło też niestety bagno. Zniknęła też cała ta historia, tzn. nigdy się nie wydarzyła.

Pelaśka tylko coś niejasno przeczuwała i zrozumiała wreszcie, że nigdy nie należy zabraniać Edkowi pić, bo zawsze, jak pokazuje historia wydarzeń które miały miejsce i tych, które nie miały miejsca, wynikają z takich zakazów straszne i groźne dla Ziemi zdarzenia.

Zapytacie też pewnie jak potoczyła się historia Williama i Aldony z Sołek? No cóż, to była piękna historia, która się wydarzyła.

 

Powrót do listy opowiadań.