Opowiadania Science Fiction prosto z serca Mazowsza…

Koniec picia.

Nanoassemblery w Wolnych Stanach Dropia ( WSD ) działały nieprzerwanie. Zarówno te, które służyły nauce, jak i te które produkowały na bieżącą konsumpcję. Tych drugich było znacznie więcej i w pewnym momencie pokrywały każdą wolną przestrzeń w WSD. Produkowały głównie alkohol, bo ten był niezbędny przecież do świadomego życia na Ziemi, odkąd jedynym ratunkiem przed quallia atakującymi nieprzerwanie naszą planetę, był właśnie alkohol. Tylko pijąc było się świadomym siebie i stawało się możliwe względnie jasne funkcjonowanie.

Więc produkcja szła nieprzerwanie. Głównie na eksport, poza WSD. Bo jego mieszkańcy serca mieli dobre i lubili się dzielić tym co mieli. Zwłaszcza Szalony Edek. Chociaż i jego zaczynała już męczyć ta konieczność picia. Ponieważ gdy pił tylko dla przyjemności, z pasji czuł, że robi coś czego nie musi, że robi cos sam z siebie. A w obecnej sytuacji pojawiał się przymus picia i to już Edka przestawało cieszyć. Poza tym wziął wraz z Martinem Samogonką bardzo dużo na swoje barki: zaopatrywali w alkohol, traktowany obecnie bardziej jako lekarstwo, niż jako rozweselacz, sporą część Polski. Z WSD wychodziły dwa duże rurociągi, którymi dystrybuowany był czysty spirytus, zapewniające dobrobyt i spokój w całej ojczyźnie. Z drugiej strony do WSD dochodziły potężne rury z wodą oraz podłączono zupełnie nową instalację energetyczną, żeby przyśpieszyć i umożliwić sprawny proces mechanosyntezy przedniego alkoholu.

Całe to przedsięwzięcie było ogromne i pomimo całkowitej niezawodności nanoassemblerów miało sporo słabych punktów i wymagało regularnej kontroli, napraw, dbania oraz codziennej krzątaniny. Było tak jak gospodarka latem, wymagało pracy od wschodu do zachodu słońca. Wprawdzie wszyscy słuchali Edka posłusznie, był bezspornym szefem i jedynym przywódcą (nie licząc druha wiernego Martina), ale to jeszcze szybciej go znudziło, niż ta codzienna harówka. W połączeniu z przymusem picia, dało to efekt smutny, ponury i żałosny. Edek stracił radość życia.

Widzieli to wszyscy wokół niego. Starali się też pomóc jak tylko umieli. Nic jednak nie pomagało. Edek marniał z dnia dzień.

– Jak tak dalej pójdzie, to chłopa stracę – powiedziała Pelaśka do Martina – Czymś trzeba go zająć. A może niech miastowe same sobie wódę robią?

– Nie. Tego nie da się zrobić, miastowe już raz dostały maszynki do robienia wódy i wszystkiego innego, co się bardzo źle skończyło – opowiedział Martin.

– A może by go tak wysłać, gdzie na urlop. Niech sobie poleci do jakiego ciepłego kraju, nad morzem odpocznie, poopala się trochę, popływa i znów jak młodzieniaszek będzie – zauważyła Pelaśka.

– Po ostatnim, jak zablokował nanoassemblery na całej planecie ma za dużo wrogów, porwą go od razu i mścić się będą i kody do odbokowania maszynek na całym świecie będą z niego wydobyć chcieli. Tu musi siedzieć – zakonkludował Martin i z tej żałości oraz obawy o Edka, co to go sparła, pociągnął mocny łyk z nieodstępnej flaszki – i ruszać się stąd nigdzie, kurwa nie może.

Więc pozostało im tylko patrzeć jak Szalony Edek marnieje i dzień po dniu usucha z tęsknoty za odmianą życia, a nawet, do czego sam się przed sobą nie przyznawał, do trzeźwości. Źle naprawdę z nim było. Bardzo źle.

Zatem nikogo nie zdziwiło, że gdy dostał propozycję żeby w daleki kosmos lecieć, z dala od ukochanego Dropia, to od razu przyjął. Warunek tylko jeden postawił, że musi z nim lecieć druh jego niezawodny, Martin Samogonka.

To zaproszenie nie wzięło się znikąd, a mianowicie od momentu, gdy traktor Edka Ted, AI William i profesor Kul’awy, stworzyli pemtotechnologię i co więcej użyli jej w celu całkowicie pokojowym, ludzkość weszła na galaktyczne pokoje. Na Ziemi dostęp do tej technologii miały cztery osoby, bo oprócz wcześniej wymienionej trójki, jeszcze Szalony Edek, który był powiernikiem głównych kluczy zabezpieczających tę technologię przed niepowołanym użyciem. A zważywszy, że oni nie chcieli za bardzo się nigdzie ruszać, to padło na Edka i on został wylosowany jako przedstawiciel Ziemi na Pangalaktycznym Kongresie wszystkich zaawansowanych i rozumnych ras.

Życie dla Szalonego Edka od tego momentu nabrało znowu barw. Nareszcie coś się działo.

– Szykuj się Martin – powiedział – Jutro lecim w kosmos, Ziemię reprezentować i radzić z kosmitami, co to jeszcze dobrego można zrobić!

– A na czym ty chcesz lecieć? Rakietę masz – trzeźwo zapytał Martin.

– A  właśnie, kurwa, zaproszenie jest, a pojazdu nie ma. Musimy do Mrocznego Sergieja pójść po pomoc – zakonkludował Edek i od razu ruszył, wziął tylko ze dwie flasze pełne niebiańskiego samogonu, bo od tego szczęścia znowu pić mu się chciało.

Przez Joanin przeszli bardzo szybko, bo przecież śpieszyło im się, ale już na polach za Joaninem ogarnęło ich małe rozleniwienie, a że Martin był trochę bardziej przezorny niż Edek, to zabrał ze sobą bańkę boskiego napitku. Taką od mleka, pięcio-litrową. Czas im się więc nie dłużył. Na symbioncie leżało im się wygodnie, krowy pogodnie ryczały, nanoassemblery cicho i kojąco szumiały, więc usnęli wreszcie.

Gdy się wreszcie obudzili, Edek zakonkludował:

– Ech, piękna jest kurwa ta Ziemia. A najładniejszy jest Drop i jego okolice. Nic nie może się z nim równać!

– No może tylko Manchester – powiedział Martina Samogonka, bo stamtąd pochodził i czasami chwytała go mała tęsknota za ojczyzną, jak na przykład teraz.

Doszli wreszcie do Wólki Kobylańskiej, na skraju której stała chałupa Mrocznego Sergieja, który już czekał na nich. Nie pytany odpowiedział na wszystkie pytania, które nasuwały się Edkowi i Martinowi:

– Otrzymaliście właśnie lingę, dzięki której dotrzecie celu podróży. Dla każdej rasy jest produkowane jej naturalne otoczenie, więc będzie powietrze i alkohol. Wrócicie tak samo, Edek ma już dużą wprawę w obsłudze każdej lingi. A co tam będziecie robili, to już zależy od was, przecież reprezentujecie całą ludzkość przed wszystkimi rasami galaktyki – po czym Sergiej odwrócił się, zatopił w myślach, albo czymś co my nieudolnie nazwalibyśmy myślami.

Edek i Martin zrozumieli, że czas wracać do domu. Jak tylko doszli, przywitała ich Pelaśka:

– Przygotowałam wam obiadek przed podróżą, schabowy, ziemniaczki i zasmażana kapustka, tak jak lubisz – uśmiechnęła się życzliwie Pelaśka i jak weszli zaczęła nakładać ogromne porcje, na wielkie talerze.

Oni nie czekali długo, tylko jeść zaczęli od razu, łapczywie, głośno i ze smakiem. Co jakiś czas im się odbijało,  bekali przy tym głośno, żeby pokazać Pelaśce jak im smakuje i jak cenią jej kunszt kulinarny. Pod koniec obiadu przyszli jeszcze profesor Kul’awy, William i Ted.

– Mamy dla was prezent na drogę. Rasy kosmiczne są różne, żyją w różnych cyklach czasowych, w różnych niejako prędkościach. W przypadku tych, które używają cykli metabolicznych, wiąże się to z jego prędkością. Niektóre są tak szybkie, że niedostrzegalne dla ludzkiej percepcji, a z kolej inne są tak powolne, że artykulacja prostej myśli zajmuje długie godziny ( jak drzewa, które opuściły Ziemię). Inne, które nie używają materii i energii jako jednostek obliczeniowych, byłyby dla was kompletnie niezrozumiałe, właśnie ze względu na dysproporcje mocy obliczeniowej. Dlatego przygotowaliśmy dla was na tę podróż zmodyfikowaną rezydualną interaktywną projekcję ( rip ), która tak jak w świecie wirtualnym umożliwia poruszanie się i kontaktowanie z każdym AI-em, to ta nowa wersja umożliwi wam zaadoptowanie się i rozumienie prawie każdej rasy kosmicznej. Ten nowy soft to jakościowy adaptator świadomościowy ( jaś ). Z jasiem będziecie rozumieli wszystko. Nie martwicie się też o jego instalację tego softu na maszynach u kosmitów. Po tamtej stronie jest holistyczny uniwersalny intepreter ( hui ), który dostosowuje się do każdego zbioru myśli, który można nazwać „logicznym”, więc dokona automatycznej instalacji, mówiąc naszym językiem. Faktycznie będzie to autokorekta struktur… – tu Edek, który jak zwykle nie wytrzymał, przerwał profesorowi.

– Profesor, ty tak gadasz o nie wiadomo czym, a tu kotlety stygną. Zapraszamy wszystkich na jadło i na głębszego!.

Profesor nie dał się długo prosić, a za nim poszli inni, którzy jak zwykle w gościnnej chałupie pojawili się zupełnie niespodziewanie w pokaźnej liczbie.  Zaczęła się biesiada, podczas której wszystko obracało się wokół podróżników kosmicznych. Impreza zakończyła się śpiewem do białego rana i więcej niż kompletnym pijaństwem.

Z samego rana Edek i Martinem spoważnieli, podparli się nawzajem, bo tak byli pijani, że o własnych siłach stać nie mogli i Edek powiedział:

– Bierzem po dużej bańce samogonu i czas na nas. Lecim! – i w tej samej chwili zniknęli.

Czy to dlatego, że jaś działał, czy może dlatego, że pijanemu wszystko się podoba i oczekiwania ma minimalne, bardzo im się spodobało miejsce do którego trafili. Niebo było wprawdzie jakieś dziwne, takie że był dzień, a jednak było widać gwiazdy, w ogromnej ilości, nieprzebrane, wielokolorowe. Były ze wszystkich stron, nie tak jak na Ziemi, gdzie widać jeden, centralny, gęsty pas Drogi Mlecznej a wokół gwiazdy. Tu było się otoczonym gwiazdami ze wszystkich stron i każdy punkt nieba wydawał się wypełniony szczelnie gwiazdami. Nawet pięknie to wyglądało, imponująco, więc nie było niczym dziwnym, że Szalony Edek z Martinem Samogonką stanęli z rozdziawionymi gębami i kontemplować piękno zaczęli:

– Kurwa, ale to kosmity gwiazdów mają! – melancholijnie zauważył Edek i nie mogli z Martinem oderwać wzroku od różnokolorowych gwiazd, wielkich dysków akrecyjnych, małych supernowych, umierających na wesoło czerwonych olbrzymów.

Stali tak może z pięć minut, popijając tęgo z usłużnych baniek, niebański eliksir z Dropia, aż nagle ich zaduma został przerwana przez stanowczy głos:

– Dosyć tego Gamonie! Czas iść na Kongres Pangalaktyczny.

– Kto to? – z ogromnym zdziwieniem zapytał Edek.

– To ja: jaś. Mam dbać o was. Tak dopasowałem strukturę zewnętrzną do waszej ubożuchnej percepcji, żeby wam się podobało i żebyście coś rozumieli – powiedział jaś.

– Jak to? To tego nie ma? – zapytał ze zdziwieniem Edek.

– Pijany, a zbiera mu się na filozofię! Jest. Tylko dla waszej dosyć ułomnej percepcji wymaga reintepretacji i dostosowania do waszych uproszczonych wzorców percepcyjnych. Ale bez obaw, korzystam z potężnych mocy obliczeniowych hui-a oraz podanej w jego bazie tradycyjnej reinterpretacji struktur percepcyjnych typowych dla istot zbudowanych z aminokwasów układających się w podwójne helisy i daję wam stu procentowo trafną symulację. Czyli tak by wyglądała Ziemia, gdyby mogła się znaleźć w tym rejonie kosmosu. Swoją drogą nie mogłaby. Musicie też wiedzieć, że jeszcze zabawniej i piękniej wyglądają symulacje dla istot zbudowanych na potrójnej helisie. W ogóle zaskakujące jest jak konstrukcyjnie możliwa jest potrójna…

– Ty, jaś przestań pierdolić do mnie takie rzeczy, bo cię wyłączę! – zauważył zwyczajowo Edek, jak zawsze, gdy czegoś nie rozumiał, albo coś go strasznie nudziło.

– Nie możesz mi nic zrobić, bo klucze do mnie ma tylko profesor Kul’awy i twój traktor Ted, a oni na pewno ci ich nie wydadzą. Powiedzieli, że już wystarczy, że masz dostęp do femtoassemblerów. – odpowiedział przytomnie jaś – Ale my tu rozmawiamy i czas tracimy, a na was czas, bo za chwilę zaczyna się Kongres Pangalaktyczny.

Edek z Martinem zgodnie uznali, że jaś jest trochę bezczelny i bardzo przemądrzały. Jednak z drugiej strony to swojak i trzeba się go trzymać. Popili zatem dla większej śmiałości ze swoich przepastnych baniaków i poszli w kierunku, który im wskazał jaś. Po chwili doszli do wielkiego obiektu, który w interpretacji jasia mógł być uznany za budynek. Uprzejma hostessa (wprawdzie zamiast rąk miała dwadzieścia macek, a zamiast głowy bulwę percepcyjną i pochodziła z gatunku który ma dwadzieścia płci, więc równie dobrze można było o niej powiedzieć „hostess” ), nienagannym subgalaktycznym i bardzo miękkim głosem zaprosiła do środka:

– Witamy, szanownych gości z Ziemi. Prosimy do wnętrza.

– Idziem, już idziem! – odpowiedział pośpiesznie Edek i szybko weszli z Martinem do środka.

Weszli po jakiejś kolorowej pochylni, która nagle ich wessała, zrobiło się bardzo zimno, ciemno i wszystkie dźwięki ustały. Po małej chwili odezwał się jaś:

– Już możecie oddychać.

– A to nie mogliśmy, albo nie powinniśmy wcześniej oddychać? – przytomnie zapytał Martin.

– Nie. Dopiero teraz, gdy jesteście w vivarium konferencyjnym – odpowiedział jaś i wtedy przypomniał sobie, że Ziemianie muszą na razie oddychać prawie przez cały czas i dlatego z przerażeniem zapytał się – Ale jeszcze żyjecie? To hui mnie nabrał! Wrzucił symulację dla innej białkowej rasy. Wprawdzie podobnej, ale są drobne różnice, no np. mogą nie oddychać przez dwa, albo trzy dni. Uwaga, zmieniam symulację.

Właściwie nic się zmieniło dla Edka i Martina, może tylko łatwiej się oddychało. A znajdowali się w dziwnym miejscu. Byli w czymś w rodzaju gigantycznego akwarium, którego brzegów nie było widać i w którym ze wszystkich stron unosiły się większymi bądź mniejszymi grupkami, różne dziwne istoty. Przy czym mogli widzieć to miejsce z dowolnej perspektywy i chociaż wydawało się, że jedna grupa stworów powinna przesłaniać inną, to widzieli zarówno tych którzy powinni być z przodu, jak i postacie które powinny być zasłonięte. W ogóle mieli poczucie, że widzą naraz całą salę, czy gigantyczne akwarium, przy zachowaniu szczegółów jakby wszyscy byli z boku.

– Dziwne to – powiedział Edek – To chyba nie od wódy.

– Nie, to normalne holiwidzenie. Nie przejmujcie się. Przywykniecie – powiedział jaś i zaraz dodał – To jest dla takich cywilizacji jak wasza, które uparcie trzymają się swojej biologii. Bardziej zaawansowane trwają jako dystrybutywna moc obliczeniowa na poziomach femto i niższych. Najbardziej zaawansowana jest Mrocznego Sergieja, ci trwają w pięćdziesięciu dwu wymiarach, a fizycznie na poziomie jokto…

– Ty, weź się wyłącz, bo gadasz ciągle, a my tu chcemy popatrzeć i posiedzieć trochę w spokoju – powiedział nieco zrezygnowany Edek, bo wiedział już, że nie wyłączy jasia.

I popijając z baniek patrzyli na to, co wokół nich się działo, a pomimo tego, że widać było tylko cywilizacje w okowach własnej biologii, nie tak postępowe i niedoścignione jak Mrocznego Sergieja, to było na co popatrzeć oraz posłuchać. Więc zadziwiły ich olbrzymie Targucie z Proximy ciągle uśmiechnięte, roślino-podobne Wirzypołcie z Terry kompletnie niebieskie i małomówne,  MagenoPorchatki z Eridani podobnie jak Ziemianie sprawiające wrażenie kompletnie pijanych, mieszkańcy planety Koch galaretkowaci, bardzo życzliwi i przy nich Edek poczuł się jakby zobaczył dobrych znajomych. Pokiwał zatem przyjaźnie, zwłaszcza, że pamiętał przecież jak to uratowali Ziemię przed asteroidami. Zaproponował wspólny toast samogony, ale chyba czasu nie było, bo przecież obrady trwały. Były też Wiropełdki z Ablucji, kolorowe i przypominające rozdeptane jeżozwierze, Makakrony z Niżowiecji życzliwie tchórzofretki, wielkie niczym ziemskie miasto oraz Fendule z Maksymacji, rasa zadziorna, trochę złowroga, ale jednak tolerowana, podobna do żółwików, które można powszechnie kupić w osiedlowych sklepach zoologicznych.

Edek im dłużej patrzył, tym bardziej rozumiał jak nieprzebrane i nieokiełznane formy przybiera życie w Galaktyce. Westchnął i zakonkludował:

– Moc tego, kurwa, a każde dziwaczniejsze, niż poprzednie! – gdy usłyszał informację, że wszyscy serdecznie witają po raz pierwszy Ziemian w Galaktyce, cieszą się, że Ziemianie wreszcie dorośli do takiego zaszczytu i zapraszają przedstawicieli Ziemi do zabrania głosu.

Edek nie od razu zrozumiał o co chodzi, ale Martin gdy szturchnął go w bok i powiedział:

– Ty gadaj, ja mam tremę! – zrozumiał, że wszyscy czekają na przemówienie inauguracyjne i nie ma wyjścia, trzeba będzie przemawiać. Odchrząknał kilka razy, kaszlnął sobie dla dodania wyrazistości głosu i już  sięgał po bańkę, żeby się napić, ale się powstrzymał, bo pomyślał, że nie wypada gdy tak wszyscy patrzą, a relacja jeszcze trafi na Ziemię.

– Kosmity! – zaczął – My wam bardzo dziękujemy za zaproszenie tutaj, chociaż się o nie nie prosiliśmy. Ale skoro już to jesteśmy to dobrze, bo ładnie u was jest, dużo was i przyjemnie tak popatrzeć – na tym wyczerpała się pomysłowość Edka i nie wiedział co dalej powiedzieć. Czuł, ze będzie wielka kosmiczna klapa.

Wpadł jednak na nowy pomysł i powiedział:

– A i ja was do mnie do Dropia zapraszam. Gorzałkę mam dobrą, a Pelaśka gotuje smacznie. Przybywajcie do moje chałupy, a my tu z tym, co to ze mną przyleciał, z Martinem, moim wielkim druhem od każdej przygody przywitamy was i będziem was gościć tyle ile trzeba.

Na to rozległy się wielkie brawa, przynajmniej tak to zinterpretował jaś, zresztą nikt tak naprawdę nie wiedział jaką  co rzeczywiście hui przekazał innym rasom i co one zrozumiały z tego. Ale Edek stał radośnie, szczęśliwy niczym zwycięzca w rajdzie Paryż – Dakar, wznosił tryumfalnie w górę ręce i pokrzykiwał:

– Zapraszamy! Zapraszamy.

Potem jeszcze dodał:

– A kosmity, możecie jeszcze wyłączyć te transmisje od was, co to Ziemię atakują i każdemu wydaje się, że to jest jakimś dziwnym stworem z innej planety, a najmniej człowiekiem – tu jaś podpowiedział, że chodzi o quallia, które przez błąd transmisyjny trafiają na Ziemię, żeby szanowni zebrani rozumieli lepiej o co chodzi Edkowi – I wszyscy przez was muszą u nas tylko pić wódę i pić, bo inaczej się nie da.

Przewodniczący obrad, bardzo przeprosił Edka, Martina i całą ludzkość za tę niedogodność i powiedział, że błąd został w tej chwili usunięty. I tym miłym akcentem, bo lubią przecież robić dobro innym rasom, zamyka dwa milion osiemset jedenasty Kongres Pangalaktyczny, a następny, przypomina, odbędzie się za tysiąc lat. Wszyscy obecni są zaproszeni.

Po tym Edek z Martinem wrócili na Ziemię w sławie pierwszych ludzi, którzy wylecieli poza Układ Słoneczny i reprezentowali ludzkość przed rasami kosmicznymi. A Edek dodatkowo jako wybawca od ciągłego picia alkoholu, bo teraz gdy quallia nie zaburzały świadomości, można było powszechnie przestać pić. Zatem Edek przywiózł na Ziemię dar trzeźwości i abstynencji.