Opowiadania Science Fiction prosto z serca Mazowsza…

Pramutnie gulgały behawioralnie, wietczoły berdansiły mamalutnie, kiędyśnie korkoniły niespokojnie… Szalony Edek przecknął się z koszmarnego snu i z ulgą sięgną po flaszę dobrego samogonu, co to stał u jego łoża, żeby strapienia niespodziewane koić i złe myśli rozwiewać. Przebudził się wprawdzie całkowicie, czuł też zbawienne działanie księżycówki, ale dalej miał poczucie, że praca czeka, zwłaszcza do pramutni iść trzeba i je nakarmić. Zaniepokojony wyjrzał na podwórko, zajrzał w obejście, gdzie powitała go swoim podniosłym rykiem Krasula, wydojona przecież rano przez Pelaśkę. Zajrzał do świń, które jak zwykle chrumkały lubieżnie, nażarte i syte. W obejściu wszystko było w porządku. Zatem jakie pramutnie, jakie wietczoły, co za kiędyśnie? Edek uznał, że był to tylko zły sen, który rozwiał się wraz z nastaniem dnia i pierwszymi łykami uzdrawiającego samogonu. Wprawdzie niepokoiło go, że dokładnie mógł sobie wyobrazić jak każda z tych istot wygląda, jakie ma zwyczaje, a przede wszystkim co trzeba zrobić, że by każdą z nich oporządzić.

– Dziwny sen – pomyślał – Trza o tym pogadać z Martinem.

Niezwłocznie też zawezwał swego druha wiernego Martina Samogonkę, by razem radzili, co też dziwnego przyśniło się Edkowi. Martin nie zwlekał z przyjściem. Tak samo jak Edkowi pić mu się chciało od samego rana, a ten powód był jeszcze lepszy, niż takie zwykłe, bezprzyczynowe degustowanie. Więc jak się spotkali, to radzili, radzili i radzili w tym temacie, aż ich wieczór zastał. W międzyczasie Pelaśka przygotowała smaczny obiad, a potem niezgorszą kolację. Przez cały czas pilnowała, żeby czym zagryzać mieli, bo przecież inaczej chłopy spiją się i pożytku z nich żadnego nie będzie. Jednak przy szóstej butelce zwróciła im uwagę, że jakość dyskusji się nie podnosi i że mogę bez szkody dla zagadnienia dokończyć jutro, zwłaszcza, że ma do pogadania z Edkiem o różnych tematach dobrych na wieczór i tu mrugnęła znacząco okiem. Widać Edek też miał ochotę pogadać o rzeczach różnych z Pelaśką, bo szybko zakończył spotkanie. Umówili się tylko z Martinem, że jutro od rana zaczną prace nad tym ważnym problemem. Zapowiadał się zatem bardzo ciekawy wieczór i dobrze zagospodarowany dzień.

Z Pelaśką Edek rozmawiał długo, bo tego wieczoru była coś namiętna taka, że długo mu spokoju nie dawała, aż musiał uciec w sen gdzieś koło północy. Sen człowieka w pełni z siebie zadowolonego, ukontentowanego dobrym samogonem i konstruktywną rozmową z żoną. A śniło mu się, że wielopicje doznawały harżenu od wiatru protonowego, co to wiał od trzeciej gwiazdy, a karczusnienie gneju nie dawało się nijak zatrzymać. Cóż było zrobić. Edek założył na dolne odnóża saboty, a na pozostałe osiemnaście górnych glej ochronny i wyszedł przed staringę. Z dotkliwym bólem jedenastu dolnych odnóży i pięciu górnych zabrał się za pracę. Gdy tak pracował kątem szypuły, dostrzegł, posłyszał, lub zamanifestowało mu się (nie wiedział jak to ująć, bo na pewno nie był to wzrok) jego własne ciało. Z przerażeniem stwierdził, że jest ogromną gąsienicą. W jednej chwili obudził się cały zlany zimnym potem, a że było już późno i należycie jasno, spojrzał na swoje ręce. Z ulgą stwierdził, że ma dwie ludzkie ręce, dwie nogi i całkiem normalne dla swojego gatunku ciało.

Ze spokojem już, ale jeszcze wspominając głupie nocne mamidła, Edek wyszedł przed dom. Tryumfalnie przeciągnął się, że aż chrupnęło w kościach. Poranek, a właściwie już popołudnie, było słoneczne, delikatny wiaterek zawiewał od pól, krasula ryczała swojsko, a świniaki już się nażarły i robiły to, co zwykle.

– Wszystko po staremu – z ulgą pomyślał Edek i wtedy doszedł go straszliwy ryk od strony Joanina.

Edek ze zdziwieniem spojrzał w tamtym kierunku i ujrzał, że jeden z olbrzymich grzymałków urwał się z uwięzi i z rykiem sprężył się do skoku. Grzymałek był wprawdzie całkiem spory, bo miał tak, ze sto pięćdziesiąt metrów wysokości i połowę tego szerokości, ale Edek z jeszcze większym zdziwieniem stwierdził, że zatrzymanie go będzie proste, bo to jego specjalność i na dodatek wcale nie ustępuje mu tak bardzo wielkością. Dla kurażu, żeby lepiej robota szła pociągnął trochę z nieodstępnej butelki i już zabierał się za przyjemną pracę, gdy grzymałek zniknął i pojawiła się swojska, dobrze Edkowi znana droga na Joanin. Po tej drodze maszerował niebywale chybotliwe, jego druh wierny Martin Samogonka. Starał się iść środkiem drogi, ale widać było, że miejsca ma mało i co jakiś czas niebezpiecznie zatacza się na boki i szybko prostuje drogę i wraca na środek, jakby się bał o coś zahaczyć. Pomimo jednak straszliwego działania grawitacji, która tak go istotnie przygniatała, pilnował, żeby butelka, z której pociągał wielkimi łykami nie wypadła mu z niepewnej dłoni.

– Południe ledwo, a Martin już taki zważony. Mam wiele do nadrobienia – z wielką przyjemnością pomyślał Edek.

Gdy Martin wreszcie dotoczył się na odległość głosu, odezwał się tubalnym głosem, jakby mówił z wielkiej wysokości:

– Ale mnie wrotna chlapinga napierdala! – i pokazał gdzieś wysoko na niebo, w okolice dużej białej chmury, która samotnie płynęła sobie po cudownie niebieskim niebie.

Martin stanął w odległości dobrych stu metrów od Edka i widać było, że dalej się nie ruszy.

– Pewnie trunek co to wsączył w siebie rano, nie pozwala mu na dalsze ruchy i złapała go kulminacyjna faza –  zadowolony tym wyjaśnieniem Edek, dla pewności poprosił żeby Martin jednak podszedł bliżej, bo łatwiej będzie wtedy rozmawiać i przede wszystkim wspólnie pić. Martin na to odpowiedział, że nie chce się zbliżyć bardziej do chałupy Edka, bo ją rozdepcze. Już teraz niewiele brakowało, żeby niechcący ruszając chlapingą strącił dach i rozwalił stodołę. Na to Edek żartem zapytał ile to teraz ma wzrostu i co to jest ta chlapinga.

– Mam niecałe dwa kilometry wzrostu i tak mi się porobiło od rana. Nawet niewiele, kurwa co piłem, bo przy tym wzroście i masie, moje zapasy to nawet na jeden łyk nie starczą. Dlatego Edek, tu, do ciebie po pomoc przyszedłem – powiedział Martin.

Nagle cały się zatrząsnął, czknął głośno i aż przysiadł ze zdziwienia. Potem wstał, otrzepał się i zapytał:

– Co to kurwa było, tzn. czym ja byłem?

Wstrząśnięty jeszcze i nieco przerażony podszedł już normalnym krokiem do Edka:

– Edziu, napić się muszę. Od rana byłem jakimś dwukilometrowym dziwolągiem z wielkimi mackami, tj. chlapingami i jeszcze jedna tak mnie napierdalała, że od razu poszedłem do lekarza. Tylko z tym lekarzem było tak, że jemu się wydawało, że jest jakąś dziwaczną malutką pchełką, czy czymś takim i nie mógł nic mi pomóc, bo akurat jakaś pierwsza gwiazda centralna emitowała strumień plazmy i musiał się opancerzyć. Więc pracy nie mógł żadnej wykonywać w tym stanie. Kazał mi przyjść za dwa cykle, a po drugie, to mi jeszcze powiedział, że jeśli się da komuś pomaga to wyłącznie do wielkości trzech nanometrów, a ja mam chyba więcej, jeśli dobrze widzi. Gadał jeszcze inne takie bzdury, więc go zostawiłem i poszedłem do ciebie po ratunek.

Szalony Edek zrozumiał, że sprawa jest poważna i musiała się znowu zacząć  jakaś kosmiczna inwazja, że pewnie też trzeba będzie znowu Ziemię ratować. W sumie Edkowi nie przeszkadzało to tak bardzo, a obydwaj z Martinem czuli w sobie moc bohaterską wielką i niewykorzystaną ostatnimi czasy, więc postanowili działać. Zaczęli od narady i pierwszym co uradzili, było to, że trzeba się napić, bo Ziemi o suchym pysku nie da się ratować. Mogą z tego wyniknąć przecież duże pomyłki, bo jak człowiek trzeźwy to na żartach się nie zna i może czymś tych kosmitów urazić, a przede wszystkim dlatego, że jak przyjdzie umrzeć w walce, to tyle dobrego samogonu może się zmarnować. A do tego nie można dopuścić przecież.

Więc Edek z Martinem poszli pić. Po drodze bez zdziwienia już minęli Pelaśkę, która klęcząc przed miotłą dostojnie bujała się na boki i niczym zahipnotyzowana patrzyła na nią z wielkim napięciem i ogromnym oddaniem.

– Co ci jest Pelaśka? – zapytał ze spokojem Edek.

– Hawinga maiora atenga! – odpowiedziała patetycznie Pelaśka.

– Ją też złapało, nawet już gadać w subgalaktycznym nie potrafi – zakonkludował Martin i teraz nie mieli innego wyjścia jak tylko przygotowywać się samotnie do wielkiej akcji ratunkowej.

W tym celu Szalony Edek wytoczył drobną cysternę najprzedniejszej księżycówki, mocnej jak piekło i nieprzejednanej niczym telemarketer sprzedający garnki.

Gdy tak pili, w uroczym towarzystwie pląsających u ich boku ssuwakków, czas płynął im wartko, a pomysły snuły się jeden za drugim. Najpierw, że odkąd Pelaśkę też wzięło i nie ma kto im dostarczać zagryzki, to trzeba tu samemu wymyśleć źródło aprowizacji. Gdy to wielkie zadanie wykonali i zagryzkę dobrą pozyskali, na trzeci dzień uradzili wreszcie coś mądrego, a to mianowicie, że trzeba udać się do profesora Kul’awego po pomoc. Jak uradzili, tak zrobili.

Po drodze do Kul’awego mijali swoich sąsiadów, którzy już nie mieli się za ludzi, ale za wszelkie możliwe istoty kosmiczne od bardzo dziwnych, aż po najdziwniejsze, od inteligentnego planktonu aż po superinteligentne gwiazdy. Trzeba przyznać, że ci co to się za gwiazdy uważali, gadali najsensowniej oraz inteligencję i moc obliczeniową uzyskali niesłychane, tylko ich pomysły przeskakiwały o kilka faz rozwoju cywilizację ziemską i były nieadaptowalne. Właściwie nie różniły się dla nieuważnych i bardzo pijanych widzów, którymi Edek z Martinem byli, od gwiazdowego bełkotu.

Po kilku mniej znaczących przygodach i trochę zabawnych przeżyciach dotoczyli się wreszcie do siedziby profesora Kul’awego. Szacowny ten profesor znudzony światowym życiem, pustym nadmiarem nic nie znaczących tytułów naukowych i zaszczytów, które świat nauki i polityki zsyłał na niego nieprzerwanie monotonnym strumieniem, postanowił schronić się w Wolnych Stanach Dropia ( WSD ), gdzie cała ta światowa gra pozorów nie miała dostępu i gdzie mógł zająć się paroma rzeczami, które rzeczywiście lubił. Pracą naukową, tworzeniem nowych hipotez jako wniosków z eksperymentów myślowych, pisaniem i namiętnym piciem samogonów Edka.

Teraz, gdy do niego dotarli Edek z Martinem, profesor Kul’awy był inteligentną jaszczurką z jakiejś planety, która cyklicznie doznawała dwustuletnich oziębień i która jak na złość wpadła właśnie w tę fazę zupełnego chłodu. Profesor przed zahibernowaniem zdążył tylko wyszeptać:

– Tu trzeba alkoholu. Działajcie! Za dwieście lat opowiem wam więcej… – i zapadł w stan odrętwienia.

Szalony Edek i Martin tym razem zrozumieli bardzo dobrze rekomendację profesora i z ochotą skorzystali z jego mądrej rady. Zresztą dzięki temu łatwiej było im znosić kosmiczne dziwactwa innych mieszkańców WSD, którzy choć wyglądali jak ludzie, przestali być ludźmi z zachowania. Podobne rzeczy, jak się okazało później, działy się w innych częściach Polski, Europy i w ogóle całego świata. Nic, co świadome na ziemi nie było już sobą, nawet AI-e, świadoma kura, symbiont i leniwe delfiny. Zostali tylko Szalony Edek i Martin Samogonka, ale tak kompletnie pijani, że chyba nie można ich już było uznać za świadomych.

Wszystko to stało się tak nagle i było tak dziwne. Każda przyzwoita inwazja do tej pory miała swoich jasno określonych właścicieli, a ci mieli swoje dobrze sprecyzowane cele. Przede wszystkim było z grubsza wiadomo kto, lub co atakuje i jakich dewastacji należy się po nim spodziewać. A tu nic nie było jasne. Raczej przypomniało to bardziej kataklizm naturalny, coś jak obsunięcie gruntu, tornado, albo trzęsienie ziemi, a nie celową inwazję kosmitów. Tylko szkody były duże jak przy prawdziwej inwazji, bo sparaliżowały życie na całej Ziemi.

Takie spostrzeżenia mieli Edek z Martinem. Zakropili je należytą porcją księżycówki, nakarmili Pelaśkę, bo podczas nieprzerwanej kontemplacji miotły zapomniała o jedzeniu i jako ostatni znani sobie świadomi siebie Ziemianie poszli spać.

Spało im się dobrze, wstali jednak wcześnie, bo jako weterani wiedzieli, że jedyną prawomocną metodą uniknięcia kaca jest zacząć odpowiednio wcześnie degustację. Nie musieli się długo zachęcać do lekarstwa, więc i ten dzień zaczął się należycie. Ze świeżymi pomysłami, radością w gardle i świadomością, że czeka ich dzisiaj tylko to, co najlepsze zaczęli radzić jak tu ratować Ziemię. Edek nawet połączył się za pomocą swojej rezydualnej interaktywnej projekcji ( rip ) z wirtualnym światem AI-ów, ale tylko po to, żeby po raz kolejny stwierdzić, że jest nie lepiej, a może nawet gorzej: AI-e były tak zatopione w wykonywaniu swoich iluzorycznych czynności z innych planet i przekonane, że są różnymi stworami z różnych dziwnych i niedziwnych planet, że nie było już z nimi kompletnie kontaktu. Nie inaczej było z ludnością WSD, wszystkich złapał stan podobny jak AI-e. Co najgorsze ludzie, będąc całkowicie przeświadczonymi o tym, że są kimś albo czymś innym niż sobą, zaprzestawali właściwych dla ludzi czynności egzystencjalnych, w tym również jedzenia i picia. A wszystkich na pewno nie da się nakarmić. Zabawny był symbiont, któremu wydawało się, że jest inteligentnymi rodzajem muszki owocówki i beztrosko polatuje sobie z kwiatka na kwiatek, na jakieś usłonecznionej planetce odległego układu planetarnego. Ale jemu przynajmniej nie groził głód.

Nawet Mroczny Sergiej gdzieś zniknął, a przynajmniej nie wyłaził ze swojej chałupy, a Edek z Martinem nie chcieli mu przeszkadzać za bardzo, bo przecież nie było żadnej inwazji, a wiadomo było, że Sergiej nie lubi jak mu się przeszkadza w innych sprawach niż inwazje. Więc i na tym planie się zawiedli.

Gdy tak siedzieli w smutku i desperacji karmiąc Pelaśkę, żeby przynajmniej ona z głodu nie umarła, gdy łączyli swój smutek końca świata z poczuciem beznadziejności, mieli jednak nadzieję, że wyjście jakieś się znajdzie. Przecież tyle razy ratowali już Ziemię i to z sytuacji prawie równie beznadziejnych. Mieli oczywiście poczucie, że oto zostali na Ziemie ostatnimi świadomymi istotami, nie licząc pewnie Sergieja, że muszą z siebie wykrzesać jakąś moc i jakieś działanie, ale powoli ogarniało ich poczucie zupełnej bezcelowości i beznadziejności. Aż wreszcie Szalony Edek zakrzyknął:

– Co tak będziem na smutno umierali. Lej więcej gorzały Martin, a i Pelaśce trzeba dać, bo głupio tak pić we tylko we dwóch – i dali tęgo popić Pelaśce.

Pelaśka najpierw się wzdrygnęła, potem wstrząsnęła, następnie przeszedł przez nią dreszcz głęboki i zupełnie trzeźwo powiedziała:

– Co ja, kurwa przed tą miotłą robię? A co z obiadem, trzeba już gotować – i zerwała się na nogi i pobiegła do kuchni.

Edek ze swym druhem dzielnym szybko za nią poszedł i żeby świadomość z Pelaśki nie uciekła dał jej wypić jeszcze parę kieliszków dobrych. Pelaśka wprawdzie zaczęła gadać trochę bełkotliwie, ale nikt nie miał wątpliwości, że to jest najprawdziwsza Pelaśka. I od odkrycia serum na chorobę i sposobu jego aplikowania zaczęła się misja ratunkowa dla mieszkańców Ziemi.

Właściwie to rozpoczęła się od obiadu, bo głodni byli bardzo, po paru dniach braku regularnych obiadów gotowanych przez Pelaśkę. Dań było wiele, smaki różne,  jadło było obfite, dobre i pożywne. Gdy już pojedli, wtedy popili trochę, sycąc się dodatkową wizją tego, że zaraz Ziemię i wszystko co świadome na niej zaczną ratować. Wizja była tak ciekawa, że roztrząsając ją z różnych stron dobrze czas spędzili i koło wieczora przypomnieli sobie, że samo mówienie nie wystarczy i tu działać trzeba.

Wymyślili zatem, że zaczną od profesora Kul’awego, a ten może podpowie co dalej. Wiadomo przecież, że bardzo zmyślny jest. Tak więc zrobili.

Gdy tylko świadomość zaczęła wracać do Kul’awego ten zamiast ucieszyć się, zaczął wykrzykiwać różne niepochlebne rzeczy dla domyślności Edka i Martina, zwłaszcza, że przecież parę dni temu powiedział im co trzeba robić: że tu trzeba alkoholu, a to słowo powinni dobrze rozumieć przecież!

Profesor uspokoił się nieco dopiero jak zjadł trochę darów od Pelaśki. Żeby nie stracić świadomości wziął głęboki łyk księżycówki i zaczął planować działania.

– Należy przejść się do każdego mieszkańca WSD. Napoić go samogonem dobrym, a potem kazać zrobić to samo z sąsiadem. A następnie trzeba ruszyć nam w świat i każdemu dać się napić. Czeka nas wielka praca – powiedział Kul’awy.

– A czemu tak się dzieje? – zapytał Szalony Edek.

– Przypuszczam, że z jakiegoś powodu Ziemia znalazła się w jakimś dziwnym obszarze w którym qualia się materializują. To tak, jakby twoje Edek stany świadomości były na bieżąco wyświetlane w telewizji, ale jeszcze w taki sposób, że byś myślał, że dzieje się to naprawdę – powiedział profesor.

– Ale ja naprawdę karmiłem pramutnie – zauważył Edek, który niewiele zrozumiał z tego wyjaśnienia.

Potem jak wszyscy w WSD poszedł z wielką misją ratowania świata. I tym razem udało się świat uratować, a potem nie było już nikogo trzeźwego na Ziemi i nawet delfiny się spiły, żeby świadomość zachować.

Powstał też wielki ruch abstynentów, „Trzeźwa Ziemia”, który ogarnął swoim zasięgiem całą planetę i za cel sobie postawił uwolnienie jej od oparów alkoholu. Jednak co to byli za abstynenci, bo przecież po to żeby dobrze działać i realizować cele statutowe musieli dużo, dużo pić.

Były to wesołe czasy dla Ziemian i wreszcie na planecie nastały radość i szczęście, bo wielki karnawał się rozpoczął, a Szalony Edek pił z każdym z kim mógł. I na dobre zagościł w podręcznikach ziemskiej historii jako ten, którego nietrzeźwość uratowała wszystkich Ziemian.