Opowiadania Science Fiction

Cukierki, które zostały po inwazji żaglowców, zniknęły szybko (została tylko mała, żelazna rezerwa). Nie pojawiły się też żadne inne, jak tylko sklepowe źródła słodyczy. Powróciła zatem szara szara normalność, z prawie zwyczajną ilością przetworzonego cukru i z całkiem oczywistymi zdarzeniami dnia codziennego.

A jednak Polska długo dochodziła do siebie po inwazji. Postawiono wiele hipotez na temat tego, co się stało. Zbadano bardzo starannie pozostałości po flocie statków, które niespodziewanie zjawiły się znikąd i tak samo niespodziewanie zniknęły. Zabrano do laboratoriów wszystkie słodycze (no prawie wszystkie) i pozostałości po rurkach z kremem z których flota strzelała. Jak można się domyślać, nie oddałem ani jednego cukierka i przezornie wszystkie schowałem przed badaczami.

Co wyszło z tych badań? Nic. Zupełnie nic. Okazało się, że cukierki były z czekolady, a rurki z kremem, były zupełnie świeżutkie i gdyby nie ich katastrofalna kruchość, można by je spożywać, jak każde inne – z twojej, czy mojej ulubionej cukierni.

Po inwazji ”słodkich żaglowców”, tak nazwałem, tę upiorną, żądną krwi ekipę, miałem tylko jedno dziwne zdarzenie.

Robiliśmy wtedy we dwoje z Monstrum (moja dziewczyna, planeta Ziemia od urodzenia) zakupy w Blue City. Jeśli nie byliście nigdy w tym pałacu (świątyni) zakupów, to nie żałujcie. Dla człowieka o nikłej żarliwości religijnej, który nie jest akolitą jedynego boga konsumpcji, to naprawdę trudna ścieżka chwały. Na moje szczęście Monstrum zna umiar i nie jest dewotką nowej religii, czyli zakupy ograniczyły się do rozsądnych dwóch godzin, po czym wdrapaliśmy się na sam szczyt, do wielkich paśników dla wiernych, gdzie zaspokoiliśmy potrzeby naszych ciał w zakresie pokarmu i strawy codziennej.

Blue City jest całkiem ciekawie zaprojektowane. Jego centralna część, taka ”apsyda”, to w gruncie rzeczy wielka fontanna i przestrzeń do spacerowania, zakończona szkieletową stalowo-szklaną niebieską kopułą. Z niej wychodzą dwie prostopadłe do siebie, wielopoziomowe nawy. W nawach umieszczonych jest wiele kaplic konsumenta.

Więc, gdy siedzieliśmy w paśniku, fontanna na dole wypuszczała co jakiś czas strumień wody, która z przyjemnym dla ucha pluskiem opadała na dno niecki z wodą. I wtedy zaczęło się dziać coś dziwnego. Fontanna wystrzeliła parę większych strug wody, znacznie mocniejszych niż zwykle, a z dołu zaczęły dochodzić dziwne dźwięki. Jakieś gwizdy i kliki, wszystkie w wysokiej tonacji. Zaciekawiony podszedłem do balustrady, spojrzałem w dół i zobaczyłem wieloryba, który pływał sobie najspokojniej, w wielkiej przestrzeni zaraz przy windach. Nie był duży, miał może z dziesięć metrów długości, więc chyba dziecko wielorybie. Na wszelki wypadek zapytałem Monstrum, czy słyszy i widzi to samo. Potwierdziła.

Inni użytkownicy świątyni raczej nie zwracali uwagi na stworzenie. Pokazywali je sobie placami, robili zdjęcia, ale poza tym nie wpłynęło to specjalnie na ich aktywność. Wiadomo deepfake, albo anomalia. W jednym przypadku człowiek się ośmieszy, że dał się nabrać, w drugim narazi na niepotrzebne komplikacje życia. A że stwór był łagodny, nikomu nie szkodził i tylko gwizdał i klikał, to niech sobie będzie, a zakupy przecież trzeba zrobić, tyle kaplic zostało do pielgrzymowania.

Nie wiem dlaczego, może z radości która mnie rozpierała, że to koniec zakupów, a może od nadmiaru cukru ze słodyczy, zagadałem do wieloryba. Ten podpłynął do nas i powiedział:

– Popływaj ze mną. Nudzi mi się.

Specjalnie długo się nie zastanawiałem i od razu skoczyłem popływać z wielorybem. Usłyszałem tylko przerażony okrzyk Monstrum i zrozumiałem, że może być źle, jeśli to deepfake. Wtedy runę z czwartej kondygnacji wprost pod stopy przechodniów zasmuconych, że muszą tak oto niespodziewanie przerwać zakupy. Ale było już za późno.

Okazało się jednak, że wszystko jest w porządku. To znaczy patrząc z perspektywy tego, co zwykliśmy nazywać normalnością, właśnie jest całkowicie nie w porządku. Zamiast spaść na sam dół głównej „apsydy” Blue city, zawisłem w powietrzu koło wieloryba.

– A teraz płyń. Patrz na mnie – powiedział wieloryb i zaczął zataczać kręgi klikając i gwiżdżąc. Za bardzo nie wiedziałem jak pływać. Czy tak jak w basenie, w wodzie, czy tak jak lata się w snach. Tak czy inaczej, dla pewnego uproszczenia uczepiłem się wieloryba i zataczaliśmy koła na wysokości trzeciej i czwartej kondygnacji. Moje pojawienie się, jako latającego człowieka nie wzbudziło żadnej sensacji. W końcu, gdy zaakceptujesz, że w centrum handlowym, są wieloryby, które latają pod niebieską kopułą, to dodanie do tego latającego człowieka jest już łatwym ćwiczeniem myślowym.

Popływaliśmy tak około pięć minut, gdy wieloryb stwierdził:

– Bardzo ci dziękuję, za wspólne pływanie. Muszę już znikać. Do zobaczenia! – I faktycznie zniknął. Dopłynąłem na barierki na czwartej kondygnacji i zauważyłem, że do naszego stolika dosiadł się jakiś Arab. Nazwałem go Alladynem. Był ubrany w śnieżnobiałą kandorę, na głowię miał kefiję przepasaną pięknym, czarnym agalem. Na nogach bogato inkrustowane szlachetnymi kamieniami (rubiny, agaty, brylanty) sandały. Monstrum patrzyła na niego z niemałym zdziwieniem. Zresztą ja również. Nie siedział przy stole, tylko na wspaniałym jedwabnym dywanie, który wisiał w powietrzu jakieś 20 centymetrów od stołu. Uśmiechnąłem się do niego i usiadłem (konwencjonalnie) przy stole.

Alladyn popatrzył na mnie względnie życzliwie, ale też trochę pobłażliwie.

– Wy ludzie Zachodu trwonicie swoje cenne życie na bezwartościowe śmieci, zamiast podążać ścieżką Najwyższego, oby Jego imię trwało wiecznie! Lepicie się do rzeczy tego świata, które są nieprzebrane jak morze i ulotne jak wiatr. Niosą wam tylko chwilową, pozorną przyjemność i długie nieszczęście! – zagaił do nas życzliwie. Widziałem też, że Monstrum nie podziela jego zdania, ponieważ patrzy z pewną dezaprobatą na mówcę, a z przyjemnością na zakupy i już chce zabrać się serio za obróbkę sprzeczności, które na pewno wykryła w przemowie Alladyna, gdy ten dodał:

– Jednak ty, człowieku latający z wielorybem, masz jeszcze w sobie serce i Allach niekiedy prowadzi cię po właściwych ścieżkach. Pamiętaj wiele się jeszcze zdarzy i wszystko w rękach Najwyższego.

Nim zdążyłem odpowiedzieć uniósł się i odleciał (na dywanie). Po małej chwili zniknął w prawej nawie świątyni zakupów.

– Ten mądry szejk, pouczył nas o celu życia. – Powiedziałem do Monstrum, naśladując jego patetyczny styl.

– Radujmy się tym darem. – Po czym rozejrzałem się po sąsiednich stolikach.

– Widzieli państwo? – Zapytałem.

– Co? Że cola rozlała się barmance?

– Tego człowieka na dywanie. Widzieliście? Poleciał przed chwilą.

– Aaaa. To. No poleciał sobie. Czasami ludzie latają jak się śpieszą. W ogóle teraz dzieją się różne takie rzeczy, ale to chyba normalka już? – spojrzeli na mnie podejrzliwie, szybko po sobie posprzątali i zaraz poszli.

 

Od tego wydarzenia nic się nie działo, żadnej anomalii przez cały miesiąc. Jednak pewnego bardzo mroźnego popołudnia, gdy siedziałem pijąc jak zwykle wyśmienitą kawę i patrząc przez okno, zauważyłem karteczkę. Ktoś ją opuścił i zatrzymał dokładnie na linii mojego wzroku. Na karteczce było napisane: ”Chcesz poznać tajemnicę anomalii? Wejdź na dach, tam wszystko się wyjaśni”. Pierwsze o czym pomyślałem, to, że jest to żart sąsiada z trzeciego piętra, albo innego kawalarza. Zaraz jednak obok pierwszej karteczki, pojawiła się druga: ”To nie żart. Wejście na dach znajduje się na pierwszej klatce schodowej od strony Nowolipia. Czekam”.

Popatrzyłem na obie kartki. Wisiały obok siebie delikatnie falując na lekkim wietrzyku. Otworzyłem okno, żeby zobaczyć dokąd prowadzą sznurki do których są doczepione. Lecz problem polegał na tym, że nie było żadnych sznurków. Obydwie po prostu wisiały sobie w powietrzu. Trochę to było uspokajające, ponieważ eliminowało z grupy podejrzanych, kawalarza Piotra, sąsiada z góry.

Zastanowiłem się chwilę, co robić. Zjadłem dwa cukierki, z zapasu po najeździe (pomniejszając żelazną rezerwę). Zastrzyk cukru rozświetlił mi myśli i zrozumiałem, że niczym nie ryzykuję, poza tym, że wejdę na dach bloku. Nie ja pierwszy i nie ostatni. Pochodzę sobie trochę po dachu, a jak ktoś się będzie śmiał udam, że ustawiam antenę (jaką antenę?).

W całym bloku wszystkie drzwi wejściowe otwierają się jednym kodem, który przy okazji jakiegoś remontu musiałem poznać. Kłódka od klapy wyjściowej była zdjęta, więc bez przeszkód wylazłem na dach.

Od razu, prawie przy samym wejściu, zobaczyłem człowieka siedzącego wygodnie na pięknym dywanie. Perskim, jedwabnym dywanie. Był to Alladyn z Blue City. Od razu poczułem się swojsko i prawie jak w domu.

Tym razem dywan po prostu leżał na dachu, bez żadnego unoszenia się w powietrzu. Trochę mnie to uspokoiło. Zapowiadało się normalne, zwykłe spotkanie na dachu. Już miałem zaproponować żebyśmy przeszli do mnie, gdy Alladyn odezwał się:

– Spodobałeś się nam. Chcemy ciebie wynająć jako przewodnika. Zgadzasz się?

– Przewodnika po Warszawie? Nie mam nawet uprawnień. Znam trochę Warszawę, ale lepiej weźcie kogoś, kto zawodowo zajmuje się oprowadzaniem po Warszawie – próbowałem w miarę dyplomatycznie zbyć tę dziwną prośbę. Alladyn nawet nie określił czyim miałbym być przewodnikiem, po czym oprowadzać w Warszawie, ani kiedy i jak często. Poza tym nie czułem się dobrze w roli przewodnika. Zajmuję się prowadzeniem projektów, czyli jestem takim technicznym, w miarę nowoczesnym nadzorcą i jak nie piję kawy, to naprawdę mam co robić.

– Po Warszawie też. Głównie po Ziemi. Potrzebujemy tubylca, żeby nam opowiedział o życiu tutaj. – zauważył pogodnie Alladyn. – A ty się nadajesz, zjadłeś dużo cukierków i dobrze się transformujesz. – gdy to powiedział, pomyślałem z przerażaniem, że zaraz zwrócę ostatnio zjedzonego miętowego i truflowego. Musiałem mieć głupią miną, bo Alladyn powiedział:

– Nie zmienisz się w żadnego potwora, ani w nic takiego. Od cukierków rozwijają się tylko twoje naturalne zdolności komunikacyjne i percepcja niemożliwego. Dlatego mogłeś pływać, czy tam latać z wielorybem, i dlatego rozumiemy się teraz tak dobrze. Zatem kogoś takiego nam trzeba. Zgadzasz się? Oczywiście odpłatnie, może nie w twojej walucie, ale będziesz zadowolony.

Nie wiedziałem co powiedzieć, na taką propozycję pracy, otrzymaną na dachu mojego bloku, przez człowieka siedzącego na wzorzystym jedwabnym dywanie, ubranego w białą kandorę, z fantastyczną ilością agatów, rubinów i brylantów na nogach.

– To nie jesteś z Ziemi? To żart? Skąd jesteś? Jak tu przyleciałeś? Czego tu szukasz… – zacząłem się rozkręcać z pytaniami, ale mi szybko przerwał i jak przystało na w miarę uprzejmego człowieka (człowieka?) zaczął po kolej odpowiadać na pytania:

– Nie, nie jesteśmy z Ziemi. To nie żart. Z planety, którą tu nazywacie Kepler-186f. Do przemieszczania się na odległości do tysiąca lat świetlnych używamy prostego generatora niemożliwości. Trochę tu prowadzimy badań, ale głównie turystyka. Dlatego potrzebny jest dobry przewodnik.

– To jakiś żart?

– To już chyba sobie wyjaśniliśmy przed chwilą. To nie jest żart. Zupełnie na serio tu przylatujemy i co jasno wynika z pierwszego, nie jesteśmy stąd.

– No dobrze… – nie wiedziałem co powiedzieć. Według mojej wiedzy byłem pierwszym przedstawicielem Ziemi, który spotkał się z przybyszami z kosmosu – Witaj na Ziemi. No, witajcie! – zabrzmiało to śmiesznie, zwłaszcza, że to ja zostałem zaproszony na dach i to mi zaproponowano pracę, więc nie ja byłem gospodarzem i autorem tego spotkania.

– Nie chcielibyście przedstawić się innym ludziom? Powiedzieć, że nie są sami w kosmosie? Podzielić się technologiami, wiedzą? Co to w ogóle jest ten „prosty generator niemożliwości”? – przypomniałem sobie dziwną nazwę, którą ”kosmita” wymienił wcześniej.

– Odpowiadam na pytania. – powiedział nieco mechanicznie Alladyn. – Nie chcemy i nie możemy wchodzić w kontakty z rasami tubylczymi przed fazą inteligentną. Ziemianie sami dojdą niebawem do tego, że nie są sami, nie można w to ingerować. Nie należy dzielić się wiedzą z rasami przed fazą inteligentną, gdyż prawdopodobieństwo, że użyją jej w celach destrukcyjnych wynosi 99,7%. Prosty generator niemożliwości to urządzenie służące do tworzenia lokalnych i nielokalnych anomalii, dzięki którym powstają na okres nanosekund rzeczy ułatwiające różne bieżące działania, które normalnie wymagają niemało mozołu. Czymś takim jest na przykład dotarcie od nas do was. Normalnie jest to prawie 500 lat świetlnych. Dzięki generatorowi powstaje krótka ścieżka i wychodzę z mojego habitatu, biorę dywan, daję krok w kierunku twojego habitatu, i od razu wychodzę na jego dach. A tu mogę już używać generatora do różnych pożytecznych działań na twojej planecie. Generalnie prosty generator niemożliwości może całkiem sporo w zakresie do tysiąca lat świetlnych. W innych przypadkach używamy innych urządzeń.

– Niech zgadnę. Używacie wtedy „skomplikowanego generatora niemożliwości”?

– Nie, nie. Złożonego generatora niemożliwości. Ale to już bardzo duża struktura. Nieporęczna do używania w takich małych układach gwiazdowych jak ten.

– A prosty generator duży jest? Pokaż mi go. – poprosiłem i spojrzałem na Alladyna bardzo sceptycznie.

– Prosty generator jest około sto razy większy od Jowisza. Proszę bardzo, – powiedział – zdejmuję maskowanie. – i zobaczyłem coś ogromnego, co ciągnęło się od końca dachu mojego bloku, przez blok sąsiedni oraz kolejny i kolejny, a potem ginęło jako gigantyczna, ażurowa struktura, gdzieś daleko w niebie.

– To niemożliwe. Coś takiego zaburzyłoby równowagę grawitacyjną całego Układu Słonecznego i od razu wysadziłoby Ziemię z jej orbity. To deepfake, albo jakiś hologram, albo moja halucynacja, albo, albo… – tak sobie bełkotałem.

Alladyn, poruszył ręką i megastruktura zniknęła.

– Tak, gdyby generator oddziaływał grawitacyjne. Ale nie oddziałuje, między innymi dlatego jest prostym generatorem niemożliwości.

– To bzdury. Zupełnie w to nie wie…– głos zamarł mi gardle. Nagle znalazłem się w dziwnym miejscu. Światło słoneczne bardzo przygasło, zaczął dominować kolor czerwony. Przed sobą miałem, dziwny poskręcany budynek, który najbardziej przypominał spiralę lodów włoskich.

– Witam na Kepler-186f, oczywiście według ziemskiego nazewnictwa. – powiedział Alladyn. – Zapraszam do mojego habitatu na zabłąkinię i nalał do pustej przestrzeni z innej pustej przestrzeni, około pół litra intensywnie błękitnego napoju, który niespodziewanie pojawił się w przestrzeni.

– Pij. – powiedział. – To tylko taki odpowiednik waszego piwa.

– Nie mogę. – powiedziałem. – Umówiłem się z Monstrum na limity alkoholu, które już chyba przekroczyłem w tym tygodniu. – zanim to powiedziałem, zrozumiałem jak zabawnie musiało to zabrzmieć. Pierwszy człowiek tak daleko od Ziemi i boi się wypić jedną zabłąkinię…Już bez wahania wypiłem zaproponowany napój. Świat od razu pojaśniał.

– Fajnie tu macie. – stwierdziłem. – A to słońce to takie duże jest, czy tak blisko jesteśmy do niego? Mam tyle pytań…

– Tak blisko. Jest sporo mniejsze od waszego. Teraz wracamy na Ziemię. – i od razu byliśmy na dachu mojego habitatu, czyli bloku.

Spojrzałem na dół i zobaczyłem, że Aleją Jana Pawła II idą dwa rosłe smoki. Jeden zielony, drugi brązowy i rozmawiają donośnie o znaczkach pocztowych. Jeden zaproponował drugiemu wymianę, która została przyjęta, co je bardzo ucieszyło. Gdy smoki zniknęły z pola widzenia, Alladyn zauważył, że jest to nieuchronny efekt działania generatora. To tak, jak nasze maszyny, które nawet z najlepszymi filtrami, wydzielają jakieś resztkowe i nikomu niepotrzebne zanieczyszczenia jako efekt swojej pracy, tak podobnie jest z generatorem niemożliwości. Tylko, że jego produktami resztkowymi są różne rzeczy niemożliwe.

– Te smoki, to skutek naszej podróży. – zauważył.

– A biały niedźwiedź?

– To preinstalacja generatora.

– A inwazja żaglowców?

– To instalacja generatora.

– Dużo będzie jeszcze takich niespodzianek?

– Oj dużo. – odpowiedział. – To co, zostajesz naszym przewodnikiem?

– Tak. Jasne. – odpowiedziałem już bez wahania i jeszcze bardziej polubiłem pyszne, czekoladowe cukierki, z których konsekwentnego spożywania rodzą się takie ciekawe zdarzenia i historie. Jak choćby pierwsza międzygwiazdowa podróż człowieka.