Opowiadania Science Fiction prosto z samego Dropia…..

Tego dnia zniknęły drzewa w Dropiu i okolicy. Nie tylko pospolite sosny, których było wiele, ale zupełnie wszystkie. Nie było brzóz, klonów, jodeł, modrzewi, lip, dębów ani żadnych drzew owocowych. Zniknęły. Jeszcze wieczorem były, a rano w ich miejscu został tylko zielony mech i coś, co wyglądało jak bardzo wysoka trzcina, ale chyba trzciną nie było, bo rosło zupełnie bez sąsiedztwa wody

Szalony Edek popił tego wieczoru tęgo z Pelaśką i Martinem Samogonką. Właściwie co wieczór powtarzali ten sam eksperyment z piciem, nieznużeni jego względnie stałym wynikiem, czyli pijaństwem. Jedyną różnicą tych z takim poświęceniem powtarzanych prób była skala pijaństwa: średnia, duża lub ogromna. Ostatniej nocy eksperymentatorzy przekroczyli jednak granice i złamali niepobity do tej pory rekord ośmiu litrów świeżego samogonu. Może szło tak dobrze, bo Edkowi obrodziły ssuwakki i miał ich na placu coś ze dwadzieścia, a może po prostu od pól szedł taki ciepły, świeży dech, aż dusza w człowieku się rwała i z tego też pewnie tak pić się chciało. Cały wieczór i noc cała zakończyły się urzekającym zamroczeniem oraz śpiewem do białego rana. A gdy wstali dnia kolejnego, łącząc ból głowy z bólem pragnienia, drzew już nie było.

W pierwszej chwili uznali, że nie mogą ufać swojej zwodniczej percepcji i zapytali sąsiada, czy widzi to samo. Gdy sąsiad potwierdził brak drzew, zrozumieli, że coś jest na rzeczy i znowu mają do czynienia z ponurymi zagrywkami kosmitów, do których w Dropiu wszyscy byli przyzwyczajeni, ale czasami kosmici potrafili jeszcze czymś zaskoczyć, tak jak teraz, z tymi drzewami. Uznali jednak, że skoro nie ma żadnego zagrożenia dla życia na Ziemi, to nie muszą niczego ratować, a drzewa i tak się znajdą, duże przecież są. Po takim wytłumaczeniu ochoczo wrócili do samogonu, bo też nigdy nie lubili, gdy takie dobro się marnuje i stoi bezczynnie.

W tej metodzie była też świadoma decyzja poparta wielkim doświadczeniem. Raz – upiorny ból głowy znikał przegnany nawet drobną szklaneczką zbawiennej okowity, a po drugie – kiedyś tak przeczekali jedno dramatyczne i prawie bez wyjścia zdarzenie, które podczas ich picia po prostu samo się rozwiązało. Było to pamiętne zdarzenie, gdy wszystko, co żywe i martwe świadomość uzyskało, wtedy gdy traktor się zbuntował, a Krasula, czyli krowa Edka, zażądała radykalnego polepszenia warunków. Uznali, że jest to sytuacja analogiczna i jak przystało na weteranów oraz specjalistów od kosmitów i zdarzeń trudnych, zaczęli pić.

Tylko co z tego. Po trzech dniach nic się nie zmieniło, tzn. cała trójka była nadal kompletnie pijana, a drzew ciągle nie było. Co więcej, okazało się, że bezdrzewny stan dotknął nie tylko Wolne Stany Dropia (WSD), czyli Joanin, Wólkę Kobylańską, Rudę Pniewnik, Sołki i parę mniej znaczących wiosek, ale też rozprzestrzenił się na cały świat. Drzew nie było nigdzie, ale to zupełnie nigdzie na Ziemi. Została tylko dziwaczna trzcina połączona w jedno z zielonym paskudztwem podobnym do mchu.

Całość była gąbczasta w dotyku, bardzo elastyczna, szczelnie przylegała do każdej powierzchni, rosła na jakieś trzydzieści centymetrów, była zielona właśnie i nawet smakowała trochę jak szpinak (takie coś, czego dzieci w przedszkolu bardzo nie lubią), a trochę jak ośmiornice (niech pływają w spokoju). Po raz pierwszy zostało to coś zaobserwowane na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego, tam od strony Hiszpanii, gdzie można opalać się, godzinami słuchając niekończącego się szumu fal. Szybko przemieściło się wzdłuż całego wybrzeża, koegzystując z istniejącymi gatunkami roślin. Biolodzy nie potrafili zdecydować, co to jest i właściwie potrafili powiedzieć, czym nie jest, no więc – że nie jest pasożytem, nie jest szpinakiem, nie jest też mchem, choć jest w strukturze do tych dwóch odrobinę podobne. Powstało trochę artykułów naukowych, które w walce o punkty głosiły teorie akceptowalne przez wszystkich, dobrze punktowane, czyli z grubsza nijakie, nawet trochę bełkotliwe. Tylko profesor Kul’awy podał rozwiązanie problemu, które powinno wszystkich zastanowić, a nie zastanowiło. Ale wtedy to były jeszcze czasy, gdy prace tego szacownego naukowca były powszechnie lekceważone, a na jego arcydziełach naukowego kunsztu osiadał kurz.

Dopiero parę miesięcy później książki Kul’awego zaczęły się sprzedawać w milionach egzemplarzy, a wywiad, który rzucił wygłodniałym dziennikarzom pomiędzy swoją jedną a drugą tajemniczą podróżą, przekroczył oglądalność czterech miliardów, w czym pobił nawet muzyków pop, tak przecież lubianych i powszechnie słuchanych przez rodzaj ludzki.

Powodem, dla którego dzieła profesora Kul’awego zaczęły się tak dobrze sprzedawać, a jego teorie zaczęto traktować niezwykle poważnie, było to, że jako jedyny naukowiec na całej Ziemi mógł wejść do WSD. Co tam robił, tego oczywiście nie wiedział nikt. Podejrzewano, że czerpał tajemną wiedzę od Mrocznego Siergieja, choć mogło to być tylko częściową prawdą. Widziano bowiem nieraz profesora, jak wracał z WSD w stanie, który jednoznacznie wskazywał na spotkanie z Szalonym Edkiem i jego wyrobami. Kompletnie zamroczony mamrotał jakieś dziwne słowa, pewnie miał poczucie, że mówi w subgalaktycznym, przepowiadał rychły koniec linii autobusowej łączącej WSD ze stolicą i zastąpienie jej przez nattel i masę takich bredni, które gada tylko pijany. Gdy w rok z okładem uruchomiono pierwszy nattel, kierowcy busików przestali się śmiać, a widmo przymusowego bezrobocia nauczyło ich pokory i zrozumienia dla wielkiej nauki.

Wprawdzie nattel, którego pierwszym i ostatnim dyrektorem został Martin Samogonka, sprawdzał się jako błyskawiczny środek transportu z WSD do stolicy, jednak jego uboczne wykorzystanie przez kobiety, które pożądały wiecznej młodości i piękna, zrujnowało cały interes. Wynikało to z tego, że podróż nattelem zajmowała około -1 sekundy, czyli ubocznie był mikrowehikułem czasu. Wyczuły to świetnie kobiety czterdziestoletnie i trochę starsze uznając, że warto wydać każdy pieniądz na taką kosmetykę, bo czegóż się nie robi dla wiecznej młodości i jędrnej skóry. Rozpoczęły więc uparte odyseje kosmetyczne na trasie WSD – stolica i z powrotem. Bilet kosztował 10 zł, tyle co dawniej busik, tylko że busik jechał ponad godzinę i wlókł się w makabrycznych korkach, a nattel przemieszczał transportowany obiekt w podprzestrzeni, powodując chwilową dekoherencję 52-wymiarowej normalnej przestrzeni, pozwalając na przerzut niskomasowych ciał na odległości do roku świetlnego, do których niewątpliwie kobiety, fascynatki piękna i młodości, się zaliczały, tj. do obiektów niskomasowych. Mała odległość przerzutu i niewielkie masy transportowanych obiektów były zresztą jedną z kilku przyczyn, że nattel nie był używany w galaktyce jako powszechny środek transportu. Raczej był taką zapomnianą i nikomu niepotrzebną technologią. Jak paciorki dla Indian.

W każdym razie rekordzistka wykonała w ciągu jednej doby dwadzieścia tysięcy podróży ze stolicy do WSD i odwrotnie. Jak to zrobiła i jak wytrzymała taką monotonię, na to potrzebne byłyby pewnie oddzielne badania na odporność na stres i deprywację sensoryczną wśród płci pięknej. Ale pewnie wizja twarzy i ciała bez jednej zmarszczki zrobiła swoje. Cóż, nikt nie wspomniał tym uroczym damom, że po to, żeby odmłodzić się o miesiąc, trzeba ze dwóch i pół miliona podróży nattelem, a paniom raczej nie chodziło o miesiąc.

W każdym razie interes kręcił się szampańsko, a w Martina Samogonkę wstąpił duch marketingu i produkował zajadle nowe hasła reklamowe, które wciągały w obłęd młodości coraz to więcej zachłyśniętych wizjami kosmetycznymi kobiet. Był taki dzień, gdy nattelem podróżowało łącznie dwieście milionów osób, oczywiście większość pasażerek po kilka tysięcy razy.

Pewnie nic by nie zatrzymało interesu, na którym tak naprawdę swoją mocarną i pijaną dłoń, całkiem jak jej właściciel, trzymał najlepszy kumpel Martina, czyli Szalony Edek. Ale pierwsze objawy kryzysu były już widoczne na horyzoncie, gdy pewnego dnia Mroczny Siergiej poinformował Edka i Martina, że powinni trochę przyhamować rozwój swojej firmy transportowej, bo zaczną niedługo zagrażać równowadze energetycznej Układu Słonecznego i ktoś im może ukrócić biznes. Oni jednak, niczym Ikar, upojeni sukcesem nie słuchali mądrych rad.

To był naprawdę piękny czas. Średnie dzienne wpływy biznesu Edka i Martina wynosiły piętnaście milionów złotych i dla nich, którzy wcześniej widzieli jednorazowo najwięcej sto czy dwieście złotych, była to zmiana ogromna i prawdę mówiąc trochę im to przewróciło w głowach.

Był to też dobry czas, bo Mroczny Siergiej, odkąd ustanowił WSD, przechadzał się także poza swoim placem i spotykał z innymi dębami, oprócz dwóch ulubionych koło swojej chałupy. A że wszyscy wiedzieli, że Siergiej lubi drzewa, to nikt nie śmiał nawet przycinać gałęzi na najmniejszym drzewie i szybko w WSD zrobiło się tak ślicznie, jak w bajkowych światach dzieciństwa tych dzieci, które wychowały się we własnych ogrodach. Może było trochę dziko, ale za to ładnie. Siergiej chodził po całym WSD, widać było, że mu się bardzo podoba. Ale to było na długo, długo przed zniknięciem drzew.

Aż pewnego dnia, tak jak ostrzegał Siergiej, biznes się skończył. Siergiej, jak to on, rozmawiał z Edkiem i Martinem Samogonką jak z cywilizowanymi ludźmi, którym można coś wytłumaczyć. Sam zresztą należał do rasy, która najczęściej rozumiała, co się mówi, już na długo zanim coś zostało wypowiedziane, więc podejrzewał, że inni, w tym Edek z Martinem, rozumieją, co się do nich mówi, przynajmniej w tym samym momencie, w którym się to mówi. Nie przewidział jednak, że ich umysły opanuje zachłanność i stracą przez to władzę nad swoimi czynami i nie ograniczą usług zakresu działań nattela do rzeczywistych potrzeb transportowych Dropia i okolic.

Więc jednego takiego słonecznego dnia, jakich pełno się zrobiło w WSD, nagle nattel przestał działać. Jak wszystko, co załatwia się w galaktyce, rzecz odbyła się kulturalnie, kompetentnie, chociaż nieco oschle i bez zrozumienia prawdziwie ludzkich potrzeb. Całkiem jak w Powiatowym Urzędzie Pracy czy w ZUS-ie, jak później ocenili obydwaj poszkodowani.

Zanim nattel przestał działać, Szalony Edek i Martin Samogonka otrzymali zwięzłą informację w subgalaktycznym, że w obrębie obejmującym obszar od Słońca aż do pasa Oorta wyłącza się możliwość korzystania z tej technologii. Na razie jest to tylko chwilowe, ostrzegawcze wyłączenie na sto tysięcy lat, a w przypadku niedotrzymania zasad korzystania z nattela zostanie on wyłączony na wzmiankowanym obszarze permanentnie. Jako powód podano możliwość wyczerpania energii Słońca w ciągu tysiąca pięciuset lat przy obecnym zapotrzebowaniu energetycznym nattela.

Wszystko to zostało, jak zwykle zresztą, przekazane w przejrzystej formie, z powołaniem się na odpowiednie przepisy, właściwe paragrafy i ustępy, tak że nikt nie mógł mieć wątpliwości, że litera galaktycznego prawa spełnia się co do joty. Nikt też nie był w stanie wytłumaczyć rozczarowanym kobietom, dlaczego nie mogą być znowu młode i piękne, bo argument, że swoimi zabiegami kosmetycznymi zniszczyłyby Układ Słoneczny, a z naszej pięknej żółtej gwiazdy centralnej zostałby już niebawem tylko wypalony radioaktywny śmieć, zupełnie do nich nie przemawiał. Zaczęły się więc sypać pozwy sądowe z tytułu utraconych wielkich korzyści, a tą na pewno jest wieczna młodość, którą chytre panie wierzyły, że osiągną dzięki nattelowi.

Początkowo Szalony Edek i Martin Samogonka wypłacali zawiedzionym kobietom to, co sąd zasądził, ale gdy zrozumieli, że ziemskie sądy wchłoną w siebie każdy absurd i znajdują w tym pożywkę do swej dostojnej pracy, a z drugiej strony – jak ktoś zadrze z kobietą i jej wielką potrzebą piękna, to jest już przegranym, przestali się tym zupełnie przejmować i wrócili do uciech bliższych ich sercom. Zwłaszcza, że wszystkie pieniądze rozeszły się na odszkodowania, a kwoty pozostałych odszkodowań wynikłych z roszczeń z tytułu utraconej nadziei na młodość przekroczyły uprzednie zyski.

Taka była historia nattela, którą wieszczył Kul’awy, podczas powrotów rozklekotanymi busikami z WSD. Jednak dużo ciekawsza i tak samo początkowo zignorowana była hipoteza, czym jest nowa trzcina i nibymech. Profesor swoim zwyczajem postawił tezę z rozmachem. Wywodził on mianowicie, że te dwie rośliny żyjące w ścisłej symbiozie wyewoluowały wprawdzie z normalnego mchu i normalnej trzciny, ale mają zmienione całe sekwencje genów odpowiedzialnych za produkcję tlenu i tak jak w zwykłej roślinie tlen powstaje jako skutek całego procesu metabolicznego, tak w przypadku tego nowego symbiotycznego tworu jest on celem. Na dobrą sprawę symbiont, tak Kul’awy nazywał nową roślinę, może przejąć produkcję tlenu na planecie.

Hipoteza profesora Kul’awego wzbudziła powszechną wesołość, dużo kpin i pogłębiony ostracyzm w środowisku naukowym. Przypomnijmy, że to samo środowisko po pewnym czasie serdecznie przepraszało profesora, wciskając mu doktoraty honoris causa i masę innych zbędnych tytułów, którymi profesor się zupełnie nie przejmował, zresztą tak samo, jak nie potrafił nosić ani długo, ani krótko urazy w swoim sercu. Istotne jest, że wszyscy zignorowali lub przynajmniej zlekceważyli pojawienie się symbionta, przechodząc nad nim do porządku dziennego, chociaż symbiont rozwijał się bardzo dynamicznie. W dosyć krótkim czasie, dwóch czy trzech lat, objął swoim wpływem większość lądowej biosfery. Jakimś dziwnym trafem omijał ludzkie uprawy, myślano, że może herbicydy mu za bardzo nie służą i po takiej zbawiennej interpretacji zupełnie o nim zapomniano.

Tymczasem profesor Kul’awy napisał jeszcze jedną książkę. Tym razem o drzewach, w której przestrzegał, że drzewa mogą któregoś dnia zniknąć, a ich rolę biologiczną przejmie symbiont. Tej książki dzielnego naukowca zupełnie nikt nie zauważył, może poza gronem metodologów nauki. Ci wzięli na warsztat metodologię Kul’awego i udowodnili, że jego praca nie ma zupełnie nic wspólnego z nauką, a wręcz że jest to doskonały przykład antynauki. Jednym słowem – zrobili z niego jeszcze większe pośmiewisko niż był do tej pory.

Jednak, gdy tak się świetnie bawili, drzewa faktycznie zniknęły. Symbiont zaś stanął na wysokości zadania w zakresie produkcji tlenu. Tylko na Ziemi zrobiło się tak jakoś nijako i nieswojo. To już nie była ta planeta, co dawniej. Cóż zrobić, ale przynajmniej oddychać się dało.

Dopiero wtedy zaczęto powszechnie czytać dzieło profesora Kul’awego, w którym ten wywodził na podstawie rozmów z Mrocznym Siergiejem całą historię drzew.

Podobno wszystko zaczęło się od tunelu transsolarnego, który lingował, co spowodowało pamiętne wydarzenia związane z uzyskaniem chwilowej świadomości przez wszystkie rzeczy martwe oraz ożywione. Kłopotów było z tym co niemiara i pewnie nie chcemy już do tego wracać.

Więc świadomość podczas lingowania tunelu uzyskały też drzewa. Właściwie drzewa miały już wcześniej świadomość, a także pewną formę zaawansowanej inteligencji oraz dosyć złożoną kulturę, którą budowały od kilku tysięcy lat. Tylko ich świadomość, tak jak ich metabolizm były w swojej powolności trudno dla nas zrozumiałe. Lingowanie spowodowało nadzwyczajne przyśpieszenie procesów świadomościowych u drzew. Do tej pory wyrażały swoje myśli wolno, tak wolno, że dopiero kilkusetkrotne przyśpieszenie stawało się formą zrozumiałą dla człowieka. Inaczej procesy świadome drzew i ich powolna artykulacja były nieodróżnialne od cyrkulacji soków odżywczych. Zresztą tak przez naiwną ludzkość były traktowane, a podstawowa forma komunikacji drzew, czyli chtonia, była dla ludzi trudna do rozpoznawania. Raz – ponieważ fale elektromagnetyczne, którymi drzewa się porozumiewały, były z niskiego pasma fal radiowych, a modulacja prostego komunikatu, takiego jak przywitanie, zajmowała kilka godzin, a po drugie – całość komunikacji odbywała się w piątym wymiarze, aktualnie dla ludzi niedostępnym. Mroczny Siergiej akurat pochodził z takiej rasy, która przebywała w pięćdziesięciu dwóch wymiarach, a w czterech, zwanych przez Ziemian czasoprzestrzenią, tylko okazjonalnie, więc dla niego sposób, w jaki komunikowały się drzewa, był zupełnie oczywisty. Dlatego tak często się zdarzało, że mieszkańcy Wólki Kobylańskiej widzieli go, jak długimi godzinami stał przy dębach. Początkowo myśleli, że jest tak pijany, że ruszyć się nie może, a że z dębami gadał często, stąd poszła fama, że jest starym pijusem. Może dlatego Szalony Edek miał taką łatwość w kontakcie z Siergiejem, bo początkowo myślał, że znalazł kolejną bratnią duszę. Jednak, jak wiadomo, szybko się wszystko wyjaśniło i Siergiej z pijaka stał się bohaterem.

W książce profesora Kul’awego dużo było o chtonii, jako o języku i zarazem formie komunikacji świetnej do wyrażania nastrojów. Wprawdzie nastroje musiały się utrzymywać przynajmniej przez miesiąc do dwóch lat, żeby znaleźć uznanie, ale gdy już powstały, rodziła się z tego warzegla. Rodzaj twórczości, w której specjalizowały się długowieczne drzewa, takie jak np. dęby czy lipy. Nie traktowano zupełnie poważnie w tej kategorii drzew takich jak topola czy wierzba, które żyjąc krótko były w stanie co najwyżej zachwycić się istnieniem, a to raczej za mało na jakiś sensowny przekaz. Uchodziły więc za drzewa słabo rozgarnięte, ale rzecz oczywista – powszechnie tolerowane i nawet lubiane za swoją lekkomyślność.

Właśnie od warzegli poszła cała sprawa z drzewami. Otóż, po uzyskaniu zwielokrotnionej i przyśpieszonej świadomości dęby z Wólki Kobylańskie, z placu Siergieja, wyraziły swój smutek. W ostatnim czasie, czyli przez jakieś dwieście lat, homidy (tak nazywały ludzi) stały się nieznośne. Zwielokrotniły swoją aktywność, stały się jeszcze bardziej zachłanne oraz niedrzewne, rabując i zabijając drzewa masowo. Tu podawały ogromne ilości przykładów drzew uśmierconych w kwiecie wieku, jeszcze długo przed osiągnięciem miłośnienia finalnego, gdy warzegla osiąga najwyższy poziom krystalizacji, tak że w jednym zdaniu wyraża pełnię drzewa, egzystencji, bycia, nierzadko zawiera w sobie cały kosmos. Dęby np. miłośnienie finalne osiągają gdzieś w wieku czterystu lat, nierzadko później, nawet koło pięćsetki. A homidy nie są w stanie tego uszanować i zabijają masowo młode drzewa, nie rozumiejąc tego, co czynią. Miarka bólu dla dębów przebrała się, gdy homidy z Wesołej zabiły dąb, który zapowiadał się jako największy talent w historii. Mając zaledwie trzysta pięćdziesiąt lat wytworzył swoją pierwszą warzeglę, od której zamilkły okoliczne lasy na całe tygodnie, tak była piękna, zwarta i w każdym sensie soczysta. Ale cóż, mordercy dopadli go, gdy tworzył swoją drugą warzeglę, której fragmenty elektryzowały wszystkie drzewa w promieniu setek jednostek. Rzecz jasna homidy, jak to one w swojej ślepocie, nic nie widziały i nie rozumiały, bo przy swojej pośpiesznej, małpiej percepcji nie są wrażliwe na chtonię i w ogóle wszystko, co dzieje się w piątym wymiarze.

To właśnie opowiadały drzewa Mrocznemu Siergiejowi, wyrażając swój żal, smutek i dezaprobatę. Nic zupełnie nie pomogło, gdy Siergiej zauważył, że obecna ścieżka rozwoju homidów, wskazuje, że już niebawem, bo za parę tysięcy lat wytworzą stabilną kulturę i wszystkie będą mogły od biedy pokazywać się w galaktyce. Dęby, a z nimi wszystkie pozostałe drzewa, nie chciały już mieć więcej do czynienia z ludźmi, a że ich złożona kultura zakładała wyłącznie pokojową koegzystencję, postanowiły opuścić Ziemię. Chcąc zachować równowagę biosfery, wytworzyły z pomocą Siergieja symbionta, a kiedy osiągnął właściwą biomasę, mogły opuścić planetę, na której mieszkała tak niegościnna rasa.

I Ziemia stała się jakaś bardziej pusta, gdy zabrakło szelestu liści, cienia, jaki dawały drzewa, piękna jesiennych liści, a przede wszystkich samych drzew z ich warzeglą, czyli poezją, tak przecież niezrozumiałą dla ludzi, a jednak tak piękną. Taka była rekonstrukcja przebiegu wydarzeń przedstawiona przez profesora Kul’awego.

Nawet Szalony Edek i Martin Samogonka nie mogli tu nic poradzić, chociaż pili tęgo, a zawsze gdy pili dużo, to wszystko wracało do normy. Tym razem tak się jednak nie stało. Widać nawet najlepszy bimber czasami nie jest w stanie rozwiązać wszystkich problemów. Ale z czasem, z pomocą księżycówki przyzwyczaili się do nowego stanu, zwłaszcza że na Ziemi ciągle były wierne i przyjacielskie ssuwakki, a symbiont, który pokrył całą Ziemie, nie tylko tlen produkował, ale był wygodny jak najlepszy materac do spania. Czyli ostatecznie komfort i wygoda życia w WSD oraz na całej Ziemi bardzo się poprawiły, a Ziemianie, pomni doświadczeń z drzewami, pozwalali rosnąć symbiontowi dosyć swobodnie i bez większych ingerencji, bo nie mieli pewności, czy o coś się na nich nie obrazi. Tak to Ziemianie poniewczasie nauczyli się zasad gościnności.

 

Powrót do listy opowiadań.